Bowers & Wilkins P9 Signature

Cze 01, 2017

Index

Brzmienie

Zgodnie ze znaną tradycją B&W, nowy model nie został zestrojony pod kątem maksymalnej wierności przekazu, tj. neutralności. Czytelna jest bowiem tendencja do konturowania brzmienia, eksponowania skrajów pasma – szczególnie zaś środkowej góry. Zabieg ten całościowo ma w dużej mierze fizjologiczny charakter. Puryści wyłapią ten feler stosunkowo szybko, bowiem jest słyszalny szczególnie przy odtwarzaniu muzyki rozrywkowej, gdzie podkręcenie góry nietrudno wypunktować. Przykładem może być kultowy album „Rumours” grupy Fleetwood Mac w wydaniu hi-res (24/192). Gitara Lindseya Buckinghama w „Never Going Back Again” była wyjątkowo „świetlista”, o bardzo wyraziście zarysowanych strunach. Wyraźnie wybijała się z miksu silnie przykuwając uwagę. Z kolei w utworze „You Make Loving Fun” odnotowałem podkreślenie sybilantów w wokalu Stevie Nicks. P9 mocno doświetlają górę pasma, sprawiając, że spora część repertuaru brzmi wyraźnie jaśniej, niż powinna. Przy czym należy zauważyć, iż w znacznie mniejszym stopniu dotyczy to minimalistycznych produkcji audiofilskich, dobrych realizacji jazzowych (np. ECM, ACT) niż produkcji komercyjnych, w których nagraniowcy nie zwykli szczędzić sopranów.  
Innym wrażeniem, które początkowo może negatywnie nastawiać do produktu Bowersa, jest stosunkowo wąska scena dźwiękowa, co wraz z wycofaniem średnicy tworzy efekt nieszczególnej otwartości, swobody brzmienia. Ale – jak to ze słuchawkami bywa – nasz słuch dość szybko „uczy się” nowego schematu brzmienia. W efekcie, to, co początkowo przeszkadzało, okazało się swoistym walorem, ważnym atutem testowanego modelu. Jak to możliwe? Z moich słuchawkowych (i nie tylko) doświadczeń wynika, że w przypadku dźwięku, który rozmija się z naszymi oczekiwaniami, istnieją dwa możliwe scenariusze.

Pierwszy jest taki, że po prostu akceptujemy nowe brzmienie, odnajdując w nim na początku niezbyt oczywiste zalety. W drugim, jedna lub więcej cech brzmienia przeszkadza nam do tego stopnia, że nieodwracalnie mąci przyjemność z odsłuchu. Odwrotnie niż w pierwszym przypadku, nierzadko bywa, że są to cechy, które dostrzegamy dopiero po jakimś czasie. P9 Signature zdecydowanie wpisują się w pierwszy scenariusz. Odkrywają swoją klasę nie od razu, dowodząc, że odpowiednie zestrojenie pasma niekoniecznie musi być tym z pozoru jedynym słusznym – neutralnym.

Po pewnym czasie zacząłem się dziwić sam sobie, dlaczego brzmienie tych słuchawek mi się podoba, nawet bardzo. Co takiego w nim jest, że mimo dość ewidentnej ekspozycji sopranów wciąż miałem ochotę słuchać muzyki? No, może niekoniecznie cyfrowych (CD) wydań albumów Led Zeppelin czy nowszych, dużo lepszych produkcji Dave Matthews Band, ale jednak znakomitej większości utworów z tworzonych na potrzeby odsłuchu playlist słuchałem z przyjemnością. Choćby Dire Straits – „On Every Street” – gdzie charakterystyczny zachrypnięty wokal lidera świetnie współgrał z gitarami i perkusją, tworząc muzyczny, nasycony barwowo monolit.

BW p9 signature 6 transport

P9 Signature są jeszcze na tyle kompaktowe, że zabieranie ich ze sobą w podróż czy nawet na spacer po ulicy nie będzie przesadą.

 

Przeprowadziłem wiele porównań z moimi referencyjnymi Audeze LCD-3 (zupełnie nie ta „bajka”), jak również z Sony MDR-Z1R, mając ponadto dość świeżo w pamięci Focale Elear (recenzja TUTAJ). Dwie pierwsze słuchawki są znacznie droższe, natomiast Focale wyceniono dość podobnie do P9. Dodatkowym punktem odniesienia były tańsze Meze Classics. Wnioski przedstawiają się interesująco.

P9 Signature potrafią zaangażować słuchacza żywiołowym przekazem, w którym nie ma miejsca na nudę. Faktem jest, że gorsze realizacyjnie nagrania rockowe potrafią brzmieć agresywnie, zmuszając do skręcenia głośności w odtwarzaczu czy wzmacniaczu, jednak gdy gra Nirvana, nie mówiąc już o Deep Purple w 1972 r. w Osace („Made in Japan”, download HDTracks PCM 24/96), wiemy, że muzykom naprawdę „się chciało”. Bowersy w żadnej nucie nie są obojętne na przekaz dynamiki, transjentów oraz barw. W swej prezentacji są bardzo żywe, spontaniczne i ekspresyjne. Mimo swojego charakteru bardzo dobrze oddają klimat nagrań jazzowych, produkcji czysto akustycznych, ukazując nie za dużą, ale plastyczną przestrzeń (czym pozytywnie się wyróżniają) i namacalne barwy. Przykładem może być album „Beyond Words” grupy Oregon. Znam to nagranie na wylot i wiem, że powinno brzmieć w sposób bardziej „drewniany”, ciemniejszy. Ale gdy lekko po prawej, z lekkiego dystansu, do gry wkracza pięknie nagrany klarnet, od razu wiem, czy środek pasma jest dobry i czy system prawidłowo przenosi barwy. P9 to potrafią, bez dwóch zdań. Mają też świetny bas. Gdy zdejmowałem okulary, było go nieco za dużo – szczególnie w górnym podzakresie. Lekkie rozszczelnienie muszli jest w istocie pożądane: niskie tony wyraźnie (ale nie nadmiernie) się wyszczuplają, zyskując tym samym na precyzji, szybkości i barwach. Wspaniały zabytkowy kontrabas Glena Moore’a wybrzmiewał lepiej niż za pośrednictwem Sony MDR-Z1R. Nie mogłem mieć zastrzeżeń ani do energii, ani do rozciągnięcia omawianego zakresu.

Szczęśliwie Bowersom obcy jest nieraz występujący problem braku wypełnienia dolnej średnicy, który sygnalizowałem w przypadku Focali Elear. P9 mają jaśniejszą górę, ale właściwie ją równoważą odpowiednio dociążonym i zagęszczonym przełomem basu i średnicy. W efekcie nawet przez chwilę nie powstaje wrażenie, że dźwięk odbieramy jako nazbyt lekki, odchudzony, rachityczny. Wręcz przeciwnie – cały czas dominuje wrażenie energetycznego, prężnego grania, okraszonego sporą ilością powietrza i detali. Reasumując, Bowersy są dobrze nasycone w całym pasmie i nawet jeśli wyższa średnica jest lekko deficytowa, to efekt ten ostatecznie okazuje się korzystny – balansuje bowiem podkreślony zakres ok. 10 kHz, sprawiając, że w przypadku znakomitej większości dobrze zrealizowanej muzyki możemy się nią cieszyć, z łatwością śledząc detale, sposób realizacji, jej tempo i zawartą z niej pozytywną energię muzyków. Rytmiczność stanowi ważny element składowy opisywanej prezentacji. Pod względem wigoru, timingu, B7W są bez wątpienia lepsze od Sony MDR-Z1R.

Jest coś jeszcze – rzecz ważna i nie do przecenienia – wpływ jakości wzmacniacza i źródła. P9 są na to czułe. Z łatwością pokazywały, czym różni się integra Sony TA-ZH1ES od kombinacji PS Audio NuWave DSD / Trilogy 933. Nie zdradzę chyba tajemnicy, że z tym drugim systemem grały o wiele lepiej i że bardziej im po drodze ze wzmacniaczami o nasyconym brzmieniu i mocnej średnicy. Analityczne, sucho i szaro brzmiące słuchawkowce szczerze odradzam.Z Astellem AK70 zagrały bardzo dobrze.


Więcej w tej kategorii: « Focal Elear Focal Utopia »
Zaloguj się, by skomentować

Wybierz dział

Aktualnie w testach

  • KEF R11
  • Chord Hugo M Scaler / Hugo TT2 / TToby
  • MAG LEV
  • Pionerr PD-70
  • Denon DCD-800BE
  • Emotiva CD-100
  • NAD C538
  • Auralic Aries G1
  • Aurender ACS10
  • TAGA TTP-300
  • Musical Fidelity V90-LPS
  • Thorens MM-08
  • Test grupowy słuchawek dla konserów
  • Reportaż z Audio Video Show 2018

Ranking urządzeń

ranking

Polecane strony

Kontakt z redakcją