Wydrukuj tę stronę

Bowers & Wilkins P9 Signature

Cze 01, 2017

Najlepsze słuchawki B&W to konstrukcja o uniwersalnym zastosowaniu. Nie tylko tym różni się od rywali. Czy jednak jest to produkt godny okrągłego jubileuszu marki?

Dystrybutor: Audio Klan, www.audioklan.com.pl 
Cena: 3999 zł

Tekst: Filip Kulpa | Zdjęcia: materiały prasowe B&W, autor

audioklan 03092018 421x71

 

 


Słuchawki Bowers & Wilkins P9 Signature
TEST

BW p9 signature 1 aaa

Niełatwo odnieść dziś sukces na rynku słuchawek wysokiej klasy. Konkurencja jest zacięta, pojawiające się co roku modele drogich nauszników trudno zliczyć na palcach obu rąk, a poziom oferowanej jakości – tak w sferze brzmienia, jak i wykończenia – jest wyśrubowany do tego stopnia, że wielcy nausznikowego świata dwoją się i troją, jak tu nadążyć za rywalami, którzy wcześniej nie istnieli.

Gdy kilka lat temu do gry wkroczył Bowers & Wilkins, stało się jasne, że niemieckim specjalistom przybył groźny konkurent. Dziś B&W ma jednak znacznie trudniejsze zadanie niż jeszcze pięć lat temu, bo obok Sennheisera, Beyerdynamica czy AKG po piętach depcze mu cały tabun głodnych sukcesu rywali, z producentami głośników na czele – podobnie jak on sam.

P9 Signature to słuchawki w pewnym sensie wyjątkowe, bo powstałe z okazji 50-lecia marki, przypadającego w 2016 roku. Zaskakujące jest to, że pojawiły się dopiero w ostatnim kwartale. Ale jak to się mówi: lepiej późno niż wcale. I oto są – najlepsze słuchawki w historii marki.


Budowa

Bowers & Wilkins zawsze stara się być oryginalny, wyznaczając trendy i sprawiając, by to jego produkty naśladowano, nie na odwrót. Nie dziwi więc, a wręcz cieszy fakt, iż P-dziewiątki nie przypominają żadnych innych słuchawek – co najwyżej, w niewielkim stopniu, znany już model P7. Podobieństwo dotyczy jednak wyłącznie kształtu, ogólnego obrysu. Detale i kolorystyka są zupełnie różne. Jednoznacznie przemawiają na korzyść „Signature”.

Z pewnością nikogo, kto zna produkty B&W, nie zaskoczy stwierdzenie, że jakość wykonania tych słuchawek jest po prostu świetna. Całość wprost imponuje dopracowaniem, dopieszczeniem detali. Weźmy same materiały: mięciutka naturalna skóra z Włoch (Saffiano) jest wytwarzana w procesie stemplowania, w wyniku którego powstaje charakterystyczna faktura z drobną kratką. Wyjątkowo solidny pałąk wykonano z aluminium, zaś muszle to twór złożony z kompozytów i aluminium. Zabiegi te nie służą wyłącznie temu, by wyrugować z konstrukcji plastik i tym samym uzasadnić wysoką cenę (4 tys. zł). Inżynierowie B&W argumentują – i tym razem raczej nie jest to zagrywka marketingowa – że sztywność muszli, a nawet ich elastyczne łączenie z pałąkiem, mają korzystny wpływ na brzmienie. Wierzę na słowo, choć zwykle wobec różnych deklaracji producentów pozostaję sceptyczny. Zastosowano tu oryginalny pomysł polegający na zastosowaniu dużej liczby „rzęs” – krótkich i cienkich wąsów z tworzywa, biegnących promieniście od aluminiowego owalu będącego częścią korpusu słuchawek (wykończonego czarną płytką z logo producenta) do nieco większego wycięcia w metalowym pałąku. Rozwiązanie to zapewnia dość swobody muszlom w dopasowywaniu się do głowy słuchacza. Regulacja długości pałąków jest płynna – te poruszają się z należytym oporem.

BW p9 signature 4 glosnik


Głośnik P9 Signature

 

W pierwszym kontakcie pewne obawy budzi zaskakująca twardość łatwo wymiennych (mocowanych magnetycznie) poduszek: wydaje się nadmierna, nawet pomimo tego, że wykonano je z termoplastycznej pianki „zapamiętującej” odcisk głowy. W praktyce okazuje się, że to nietypowe rozwiązanie sprawdza się bardzo dobrze. Zdarzyło mi się w tych słuchawkach zasnąć i po godzinie drzemki wcale nie czułem dyskomfortu. Zdjąłem je z głowy, jak gdyby nigdy nic. Górna część pałąka jest tak miękka, że w ogóle nie uciska czubka głowy. To jedne z bardziej komfortowych nauszników, z jakimi miałem ostatnio do czynienia. A propos słuchania w pozycji leżącej: stosunkowo wąskie muszle okazują się wygodniejsze niż w przypadku dużych naprawdę słuchawek, bowiem w mniejszym stopniu zahaczają o brzegi poduszki czy oparcie fotela. Można nawet lekko przekręcić głowę i słuchawki nie przesuwają się po niej. W gruncie rzeczy P9 Signature są jeszcze na tyle kompaktowe, że zabieranie ich ze sobą w podróż czy nawet na spacer po ulicy nie będzie przesadą. Tym bardziej, że są to zamknięte muszle, które naprawdę dobrze izolują od otoczenia.

Z drugiej strony byłoby miło, gdyby B&W ważyły mniej. Mimo że są znacznie mniejsze od dużych domowych HD800, ważą… więcej. Ponad 400 g to jeszcze umiarkowany wynik, jak na wokółuszne słuchawki domowe, jednak w skali nauszników mobilnych to już waga ciężka. Do wyniku Audeze EL-8 (460 g) jeszcze trochę brakuje, lecz z drugiej strony, Oppo PM-3 są wyraźnie lżejsze (320 g).

Sercem P9 Signature są dwa nowe szerokopasmowe przetworniki, których membrany przypominają tradycyjne głośniki. Już w P5, a więc w pierwszych słuchawkach B&W, firma postanowiła zastosować własne drivery. Nie inaczej jest tym razem. Mają one typową średnicę 40 mm i są ustawione pod kątem 15 stopni względem płaszczyzny muszli – po to, by lepiej układać się względem uszu i tworzyć bardziej naturalną panoramę dźwiękową. Membrany są dostatecznie sztywne, by dobrze odtwarzać i średnie tony, i bas, ale jednocześnie są na tyle dobrze tłumione, by nie powodować „dzwonienia”, czyli rezonansów w obrębie sopranów.

BW p9 signature 7 zestaw

 

Fabryczne wyposażenie słuchawek. Wymiana przewodów wymaga odczepienia mocowanej magnetycznie lewej poduszki – gniazdo znajduje się pod spodem i jest osadzone w zawiasie.

 

W komplecie ze słuchawkami otrzymujemy gustowny, wysokogatunkowy futerał o twardych ściankach, umożliwiający bezpieczne przechowanie P-dziewiątek na czas transportu. W tym celu słuchawki trzeba złożyć, co jest możliwe dzięki zawiasom umożliwiającym składanie muszli do środka. Po złożeniu słuchawki wciąż zajmują sporo miejsca, co jednak nie dziwi, bo, jakby nie było, jest to konstrukcja wokółuszna.

Zdjęcie prawej muszli ujawnia sposób montażu przewodu sygnałowego: wygięty 2,5-mm wtyk chowa się w gnieździe sygnałowym osadzonym na zawiasie. Znamy to już z wcześniejszych modeli B&W. Z jednej strony jest to dość eleganckie rozwiązanie, a z drugiej – przewód, a raczej sam wtyk, staje się bardziej podatny na uszkodzenia mechaniczne. Wszystkie trzy przewody z kompletu, włącznie z tym o 4-m długości (który świetnie sprawdza się w domu), zakończono małymi „jackami”. Producent oczywiście dostarcza przejściówkę do dużego „jacka”.


Brzmienie

Zgodnie ze znaną tradycją B&W, nowy model nie został zestrojony pod kątem maksymalnej wierności przekazu, tj. neutralności. Czytelna jest bowiem tendencja do konturowania brzmienia, eksponowania skrajów pasma – szczególnie zaś środkowej góry. Zabieg ten całościowo ma w dużej mierze fizjologiczny charakter. Puryści wyłapią ten feler stosunkowo szybko, bowiem jest słyszalny szczególnie przy odtwarzaniu muzyki rozrywkowej, gdzie podkręcenie góry nietrudno wypunktować. Przykładem może być kultowy album „Rumours” grupy Fleetwood Mac w wydaniu hi-res (24/192). Gitara Lindseya Buckinghama w „Never Going Back Again” była wyjątkowo „świetlista”, o bardzo wyraziście zarysowanych strunach. Wyraźnie wybijała się z miksu silnie przykuwając uwagę. Z kolei w utworze „You Make Loving Fun” odnotowałem podkreślenie sybilantów w wokalu Stevie Nicks. P9 mocno doświetlają górę pasma, sprawiając, że spora część repertuaru brzmi wyraźnie jaśniej, niż powinna. Przy czym należy zauważyć, iż w znacznie mniejszym stopniu dotyczy to minimalistycznych produkcji audiofilskich, dobrych realizacji jazzowych (np. ECM, ACT) niż produkcji komercyjnych, w których nagraniowcy nie zwykli szczędzić sopranów.  
Innym wrażeniem, które początkowo może negatywnie nastawiać do produktu Bowersa, jest stosunkowo wąska scena dźwiękowa, co wraz z wycofaniem średnicy tworzy efekt nieszczególnej otwartości, swobody brzmienia. Ale – jak to ze słuchawkami bywa – nasz słuch dość szybko „uczy się” nowego schematu brzmienia. W efekcie, to, co początkowo przeszkadzało, okazało się swoistym walorem, ważnym atutem testowanego modelu. Jak to możliwe? Z moich słuchawkowych (i nie tylko) doświadczeń wynika, że w przypadku dźwięku, który rozmija się z naszymi oczekiwaniami, istnieją dwa możliwe scenariusze.

Pierwszy jest taki, że po prostu akceptujemy nowe brzmienie, odnajdując w nim na początku niezbyt oczywiste zalety. W drugim, jedna lub więcej cech brzmienia przeszkadza nam do tego stopnia, że nieodwracalnie mąci przyjemność z odsłuchu. Odwrotnie niż w pierwszym przypadku, nierzadko bywa, że są to cechy, które dostrzegamy dopiero po jakimś czasie. P9 Signature zdecydowanie wpisują się w pierwszy scenariusz. Odkrywają swoją klasę nie od razu, dowodząc, że odpowiednie zestrojenie pasma niekoniecznie musi być tym z pozoru jedynym słusznym – neutralnym.

Po pewnym czasie zacząłem się dziwić sam sobie, dlaczego brzmienie tych słuchawek mi się podoba, nawet bardzo. Co takiego w nim jest, że mimo dość ewidentnej ekspozycji sopranów wciąż miałem ochotę słuchać muzyki? No, może niekoniecznie cyfrowych (CD) wydań albumów Led Zeppelin czy nowszych, dużo lepszych produkcji Dave Matthews Band, ale jednak znakomitej większości utworów z tworzonych na potrzeby odsłuchu playlist słuchałem z przyjemnością. Choćby Dire Straits – „On Every Street” – gdzie charakterystyczny zachrypnięty wokal lidera świetnie współgrał z gitarami i perkusją, tworząc muzyczny, nasycony barwowo monolit.

BW p9 signature 6 transport

P9 Signature są jeszcze na tyle kompaktowe, że zabieranie ich ze sobą w podróż czy nawet na spacer po ulicy nie będzie przesadą.

 

Przeprowadziłem wiele porównań z moimi referencyjnymi Audeze LCD-3 (zupełnie nie ta „bajka”), jak również z Sony MDR-Z1R, mając ponadto dość świeżo w pamięci Focale Elear (recenzja TUTAJ). Dwie pierwsze słuchawki są znacznie droższe, natomiast Focale wyceniono dość podobnie do P9. Dodatkowym punktem odniesienia były tańsze Meze Classics. Wnioski przedstawiają się interesująco.

P9 Signature potrafią zaangażować słuchacza żywiołowym przekazem, w którym nie ma miejsca na nudę. Faktem jest, że gorsze realizacyjnie nagrania rockowe potrafią brzmieć agresywnie, zmuszając do skręcenia głośności w odtwarzaczu czy wzmacniaczu, jednak gdy gra Nirvana, nie mówiąc już o Deep Purple w 1972 r. w Osace („Made in Japan”, download HDTracks PCM 24/96), wiemy, że muzykom naprawdę „się chciało”. Bowersy w żadnej nucie nie są obojętne na przekaz dynamiki, transjentów oraz barw. W swej prezentacji są bardzo żywe, spontaniczne i ekspresyjne. Mimo swojego charakteru bardzo dobrze oddają klimat nagrań jazzowych, produkcji czysto akustycznych, ukazując nie za dużą, ale plastyczną przestrzeń (czym pozytywnie się wyróżniają) i namacalne barwy. Przykładem może być album „Beyond Words” grupy Oregon. Znam to nagranie na wylot i wiem, że powinno brzmieć w sposób bardziej „drewniany”, ciemniejszy. Ale gdy lekko po prawej, z lekkiego dystansu, do gry wkracza pięknie nagrany klarnet, od razu wiem, czy środek pasma jest dobry i czy system prawidłowo przenosi barwy. P9 to potrafią, bez dwóch zdań. Mają też świetny bas. Gdy zdejmowałem okulary, było go nieco za dużo – szczególnie w górnym podzakresie. Lekkie rozszczelnienie muszli jest w istocie pożądane: niskie tony wyraźnie (ale nie nadmiernie) się wyszczuplają, zyskując tym samym na precyzji, szybkości i barwach. Wspaniały zabytkowy kontrabas Glena Moore’a wybrzmiewał lepiej niż za pośrednictwem Sony MDR-Z1R. Nie mogłem mieć zastrzeżeń ani do energii, ani do rozciągnięcia omawianego zakresu.

Szczęśliwie Bowersom obcy jest nieraz występujący problem braku wypełnienia dolnej średnicy, który sygnalizowałem w przypadku Focali Elear. P9 mają jaśniejszą górę, ale właściwie ją równoważą odpowiednio dociążonym i zagęszczonym przełomem basu i średnicy. W efekcie nawet przez chwilę nie powstaje wrażenie, że dźwięk odbieramy jako nazbyt lekki, odchudzony, rachityczny. Wręcz przeciwnie – cały czas dominuje wrażenie energetycznego, prężnego grania, okraszonego sporą ilością powietrza i detali. Reasumując, Bowersy są dobrze nasycone w całym pasmie i nawet jeśli wyższa średnica jest lekko deficytowa, to efekt ten ostatecznie okazuje się korzystny – balansuje bowiem podkreślony zakres ok. 10 kHz, sprawiając, że w przypadku znakomitej większości dobrze zrealizowanej muzyki możemy się nią cieszyć, z łatwością śledząc detale, sposób realizacji, jej tempo i zawartą z niej pozytywną energię muzyków. Rytmiczność stanowi ważny element składowy opisywanej prezentacji. Pod względem wigoru, timingu, B7W są bez wątpienia lepsze od Sony MDR-Z1R.

Jest coś jeszcze – rzecz ważna i nie do przecenienia – wpływ jakości wzmacniacza i źródła. P9 są na to czułe. Z łatwością pokazywały, czym różni się integra Sony TA-ZH1ES od kombinacji PS Audio NuWave DSD / Trilogy 933. Nie zdradzę chyba tajemnicy, że z tym drugim systemem grały o wiele lepiej i że bardziej im po drodze ze wzmacniaczami o nasyconym brzmieniu i mocnej średnicy. Analityczne, sucho i szaro brzmiące słuchawkowce szczerze odradzam.Z Astellem AK70 zagrały bardzo dobrze.


Galeria


Naszym zdaniem

Tworząc swoje flagowe słuchawki, B&W podążyło znaną, wytyczoną przez wcześniejsze modele ścieżką – nauszników bardziej mobilnych niż domowych. Tym razem jednak w większym stopniu uwzględniono potrzeby audiofilów oraz wszystkich tych użytkowników, którzy ze słuchawek korzystają naprawdę intensywnie. W rezultacie powstał produkt wyjątkowo uniwersalny – autentyczny słuchawkowy omnibus, który nie tylko w pełni przekonuje swoim – fakt, nieco specyficznym – ale jednak bardzo angażującym brzmieniem (na miarę oczekiwań stawianych słuchawkom za 4 tys. zł), lecz także wykonaniem, dużą czułością, zamkniętą konstrukcją, możliwością składania i znakomitym futerałem ochronnym. Słowem wszystkim tym, co ma duże znaczenie w użytku poza domem. A to oznacza, że konkurentów P9 Signature należy szukać głównie wśród takich konstrukcji, jak Oppo PM-3 czy Audeze EL-8 (Closed). B&W są od nich wyraźnie droższe, ale też brzmią inaczej i pod kilkoma względami, przynajmniej moim zdaniem, lepiej.

Przyznaję, że powoli staję się fanem słuchawek wysokiej klasy. Na razie posiadam cztery pary, ale żadne z nich nie mają takiej kombinacji cech i zalet jak P9 Signature. Dlatego chętnie dołączyłbym je do swojej skromnej kolekcji. Bowers wstrzelił się w pewną niszę, tworząc słuchawki, którym, wbrew pozorom, trudno znaleźć bezpośredniego, w pełni porównywalnego rywala. A zatem – produkt godny srebrnego jubileuszu? Sądzę, że tak!

Sprzęt towarzyszący:

Źródła/wzmacniacze: Linn Sneaky DS + PS Audio NuWave DSD, Sony TA-ZH1ES
Wzmacniacze: Trilogy 933, Lehmann Audio Linear
DAP-y: Astell&Kern AK70,  Sony NW-WM1Z
Słuchawki odniesienia: Audeze LCD-3 (Fazor), Sony MDR-Z1R, Meze 99 Classics
Interkonekty: KBL Sound Zodiac, Albedo Monolith

BW p9 signature 8 zzz

Zaloguj się, by skomentować