Lumin S1

Mar 30, 2018

Gdy Lumin opracował swój pierwszy strumieniowiec, w światku audiofilów-plikowców zawrzało: Jak to, chiński producent z takim urządzeniem, w takiej cenie? Dziś marka już okrzepła, a my sprawdzamy, jak gra flagowy model S1 – odtwarzacz za blisko 50 tys. zł.

Dystrybutor: Moje Audio, www.mojeaudio.pl 
Cena: 48 990 zł (wersja czarna – dopłata 2000 zł), serwer Lumin L1 – 4690 zł

Tekst i Zdjęcia: Filip Kulpa

audioklan 03092018 421x71

 

 


Limin S1 - Odtwarzacz strumieniowy

TEST

Lumin S1 1 aaa 

Gdy zacząłem szukać w pamięci ostatnio testowanego przeze mnie odtwarzacza strumieniowego, okazało się, że muszę zajrzeć do komputera. Jakież było moje zaskoczenie, gdy się okazało, że bilans 2017 i 2016 jest zerowy. Sam, nawet teraz, w to (jakby) nie wierzę. Tymczasem w tym okresie przetestowałem kilka gramofonów analogowych. Jeszcze w 2015 roku przez myśl by mi to nie przeszło. A jednak… Tak czy inaczej, przez moje ręce przewinęło się całkiem sporo DAC-ów, streamerów, testowanych przez redakcyjnych kolegów oraz wiele produktów strumieniujących muzykę w taki czy inny sposób. Nasuwa się pytanie: czy przez ten czas w konstrukcjach audiofilskich odtwarzaczy strumieniowych zaszły jakieś daleko idące zmiany. Odpowiedź brzmi: nie – chyba że za istotny element (r)ewolucji uznamy sposób sterowania odtwarzaczami, a ściślej – pojawienie się programu Roon, który w błyskawicznym tempie zaskarbił sobie popularność i uznanie, trafiając jako opcja sterowania do wielu urządzeń sieciowych różnych marek. Jednak poza tym zmian jako takich właściwie nie widać. Pomijając jeszcze jedną rzecz: pojawienie się dekodowania MQA – formatu, który wciąż budzi pewne kontrowersje.

O urządzeniach Lumina pisaliśmy już dwukrotnie. Ich producent – Pixel Magic Systems z Hong Kongu – istnieje od całkiem niedawna i oferuje sześć produktów, jeśli nie liczyć serwera plików (L1). Wśród nich jest tylko jedno urządzenie zawierające wzmacniacz, reszta to „czyste” strumieniowce. Widać, że mamy do czynienia z wąsko wyspecjalizowanym producentem. Na szczycie produktowej hierarchii stoi przedmiot niniejszej recenzji – model S1.

 

Budowa

Pierwszy player Lumina miał wspaniałą aluminiową obudowę, nie inaczej jest z S1. To przeszło 8-kilogramowy lity blok aluminium o bardzo kompaktowych rozmiarach, w którym w zgoła bezkompromisowy sposób wycięto (metodą CNC) oddzielne komory dla sekcji cyfrowej, cyfrowo-analogowej, wyświetlacza, a nawet przewodu zasilającego, a ten – mimo że podaje napięcie stałe (a więc „niegroźne” dla obwodów audio) z zewnętrznego zasilacza – ma swoje precyzyjnie wyżłobione „korytko”. Coś pięknego, aż miło popatrzeć. Niewątpliwie, właśnie z tego powodu, obudowa musi być ważnym czynnikiem kształtującym niemałą cenę urządzenia, co bynajmniej nie oznacza, że układ elektroniczny jest byle jaki.

 

Lumin S1 4 wnetrze

Sama obudowa oraz rozmieszczenie elementów są bardzo podobne jak w pierwszym odtwarzaczu Lumina (pozbawionym oznaczenia). Może uchodzić za wzorzec solidności.

 

Sekcję cyfrową, zajmującą lewą stronę, tworzą układ FPGA Altera Cyclone IV, ukryty pod sporym aluminiowym radiatorem procesor sygnałowy, scalak Wolfson WM8805 –  często aplikowany transceiver S/PDIF, tu w roli nadajnika dla wyjścia cyfrowego BNC, które – co warto podkreślić – może pracować w protokole DoP, umożliwiając eksport sygnału DSD 2,8 MHz. Analogiczną możliwość zapewnia wyjście HDMI obsługiwane przez układ Sil9134CTU (jeszcze do niedawna chętnie stosowany przez producentów procesorów A/V). W pobliżu procesora FPGA widoczna jest grupka miniaturowych oscylatorów kwarcowych oraz główny zegar 27 MHz. Lumin podkreśla użycie zaawansowanych technik taktowania w celu minimalizacji jittera. Godny odnotowania jest fakt, że w urządzeniu nie wykorzystano żadnego gotowego modułu karty sieciowej (urządzenie nie ma Wi-Fi, jedynie interfejs Ethernet 100 Mb/s). Zaraz za wejściem LAN zaaplikowano 100-MHz mikrotransformator separujący Pulse Electronics H1102 do zastosowań sieciowych – po to, by odciąć wrażliwe obwody audio od destrukcyjnego wpływu urządzeń zasilanych impulsowo.

 

Lumin S1 7a tor audio jeden kanal

Tor analogowy bazuje na wzmacniaczach operacyjnych LME44990 oraz szwedzkich transformatorach wyjściowych – tych samych co w oryginalnym Luminie.

 

Tor audio znajduje się z prawej strony. Wykorzystano tu aż cztery do niedawna flagowe kości ESS Technology –  ES9018S. Każdy układ tego typu to w istocie osiem przetworników c/a. Oznacza to, że na jeden kanał przypada 16 DAC-ów. Z informacji od producenta wynika, że pracują one równolegle – technika ta, o ile jest umiejętnie zastosowana, pozwala poprawić liniowość, obniżyć poziom szumów i zniekształceń. Z tego typu rozwiązaniem spotykamy się np. w najdroższych odtwarzaczach i DAC-ach Accuphase. Koreański producent nie podaje szczegółów aplikacji wspomnianych kości. Wiadomo tylko to, że możliwe jest odtwarzanie materiału DSD 128 (5,6 MHz) jak również PCM 32 bit/352,8 kHz (DXD) oraz 32 bit/384 kHz. Nic więcej absolutnie nie potrzeba. Materiał PCM o próbkowaniu do 96 kHz włącznie można upsamplować do DSD (2,8 MHz) lub do PCM-u 384 kHz. Upsampling jest zawsze synchroniczny – częstotliwość próbkowania można zwiększyć tylko o czynnik będący liczbą całkowitą (np. 44,1->88,2,176,4 lub 352,8 kHz itd.).

Zbalansowaną sekcję analogową każdego kanału tworzą cztery wysokiej klasy niskoszumne i wydajne prądowo wzmacniacze operacyjne LME44990 (National Semicondutor, seria Overture), pojedynczy scalak OPA140 (Texas Instruments) oraz najbardziej charakterystyczny element konstrukcji urządzenia – zbalansowany transformator wyjściowy Lundahl LL7401. To dość kosztowny element (ok. 300 zł za sztukę).

 

 Lumin S1 6b tor analogowy

S1 ma najbardziej wyrafinowaną sekcję cyfrowo-analogową ze wszystkich Luminów. Zastosowano aż cztery układy ES9018S, a każdy z nich zawiera 8 przetworników c/a.

 

Zasilacz (liniowy) przeniesiono do zewnętrznej, wąskiej i podłużnej obudowy. W środku znajdują się dwa transformatory toroidalne Piltron (oddzielnie dla toru audio i sekcji cyfrowej) oraz grupka sześciu bardzo dobrych kondensatorów filtrujących Elna o pojemności 4700 µF każdy. Warto dodać, że płytka audio ma wewnątrz urządzenia swoje własne stopnie stabilizacji napięciowej, oparte na układzie LM2941S. Zasilacz z odtwarzaczem łączy niezbyt długi ekranowany przewód z okrągłymi, zakręcanymi wielostykowymi końcówkami.

 

Funkcjonalność

Gdy bodaj w 2013 r. testowałem pierwszego Lumina, zwróciłem uwagę na liczne podobieństwa interfejsu sterowania do urządzeń Linna, wyrażając jednocześnie zachwyt nad tym, że mało znanej firmie udała się sztuka zrobienia czegoś, z czym znane marki nie mogły sobie (równie dobrze) poradzić. Złośliwi mawiali, że Lumin skopiował Linna. Zresztą, nazwa marki jest – co tu dużo mówić – łudząco podobna. Na tamte czasy obsługa chińskiego streamera była wyjątkowo dopracowana. Dziś niczym już nie zaskakuje. No, może jedną cechą: sprzęt startuje naprawdę szybko, nie więcej niż w 20 sekund, i nawet po całkowitym odłączeniu od prądu, S1 pamięta przez długi czas ostatnią kolejkę odtwarzania. Jest to ważne o tyle, że w trybie „miękkiego uśpienia” (wygaszony wyświetlacz) odtwarzacz pobiera 21 W mocy. Pozostawianie go w tym stanie non stop nie jest więc ani ekonomiczne (184 kWh w skali roku), ani ekologiczne, ani zdrowe dla samego układu. Nic nie stoi na przeszkodzie, by po każdym odsłuchu wciskać okrągły przycisk na zasilaczu, odłączając  odtwarzacz od zasilania.

Aplikacja „Lumin” (dostępna na iOS) działała na moim iPadzie mini 4 stabilnie, szybko i niemal bezproblemowo. Dwa czy trzy razy udało się jej „wysypać”, ale ponowne uruchomienie jej błyskawicznie przywracało łączność. Tu jednak dochodzimy do… braku konwencjonalnego pilota. Ograniczanie się do samej aplikacji – jako metody sterowania urządzeniem tej klasy – uważam za zbyt daleko posuniętą nowoczesność. Jest to zresztą problem wielu współczesnych urządzeń strumieniowych. Pilot jest bardziej poręczny, szybszy i bardziej niezawodny niż jakikolwiek software w tablecie, telefonie, czyli w urządzeniach mogących się w każdej chwili zawiesić albo rozładować. Podczas słuchania muzyki nie potrzebuję wpatrywać się w ekran tabletu. Zapuszczam album lub playlistę i interesuje mnie tylko to, żeby odtwarzanie móc zatrzymać, wznowić lub dokonać przeskoku do innego utworu. A do tego pilot jest najlepszy. Mój Auralic Aries ma zwykły sterownik i bardzo go za to cenię –  w przeciwieństwie do wersji mini, która jest bardziej kapryśna i nie ma pilota. Ale może się czepiam?

 

Lumin S1 8b aplikacja

W aplikacji "Lumin" można m.in. ustawiać opcję upsamplingu – oddzielnie dla każdej częstotliwości próbkowania (PCM).

 

Jakby nie było, udana aplikacja zapewnia dostęp do różnych ustawień urządzenia – między innymi blokady regulacji głośności, upsamplingu (w obrębie konwersji PCM->PCM jest zawsze synchroniczny, ale dla każdej częstotliwości próbkowania –  nie większej niż 192 kHz – można ustawić inną docelową częstotliwość próbkowania; drugą opcją jest DSD, lecz bez opcji wyboru częstotliwości próbkowania – jest tylko 2,8 MHz), jasności wyświetlacza i kilku innych, mniej ważnych opcji; zapomniałbym o jednej istotnej: dekodowaniu MQA. W ustawieniach możemy je włączyć, wyłączyć, a także określić, czy dekodowanie ma dotyczyć wyjść analogowych, czy cyfrowych (jeszcze niedawno Roon nie chciał licencjonować tej drugiej opcji). Postanowiłem wykorzystać te możliwości, sprawdzając, czy MQA w ramach TiDAL-a robi jakąś różnicę. Swoje wrażenia opiszę w sekcji „Brzmienie”, tu jednak pragnę wspomnieć o pewnym niuansie. Aktywacja MQA powoduje wyraźnie odczuwalną zwłokę we wczytywaniu pierwszego utworu. Wybieramy album, wciskamy „play” lub „dodaj do kolejki” i… przez około 10 s nie dzieje kompletnie nic. Początkowo sądziłem, że MQA w ogóle nie chce działać. Okazało się, że wystarczy cierpliwie odczekać chwilę. Dodam, że raczej nie jest to kwestia szybkości łącza, bowiem w tym samych warunkach Auralic Aries wczytuje te same albumy w normalnym tempie, a – co więcej – strumień (bez dekodowania MQA) jest wysyłany do DAC-a w formacie 24/48. Tymczasem Lumin przy wyłączonym MQA odtwarza zwykły 16/44,1 kHz. Nie mam pojęcia – dlaczego.

Nowością jest także zgodność z Roonem. Przyznam, że nie korzystałem z tej opcji (przynajmniej podczas krytycznego słuchania muzyki chcę się uwolnić od komputera, poza tym w warunkach testowych dodatkowe funkcjonalności nie są mi potrzebne), jednak wierzę, że działa wybornie. Ale i bez Roona posługiwanie się Luminem jest szalenie wygodne. Problem pojawia się tylko na początku, gdy aplikacja zaczyna indeksowanie zawartości muzycznego serwera. W moim przypadku (około 1000 albumów) trwało to około 5–7 min, posiadacze kolekcji liczących grube tysiące albumów muszą uzbroić się w cierpliwość.

S1, podobnie jak tańsze modele, jest „czystym” odtwarzaczem strumieniowym, więc nie może pełnić funkcji DAC-a. Jak wspomniałem, został jednak wyposażony w wyjścia cyfrowe, w tym HDMI, które pozwala na wysłanie sygnału DSD… na przykład do zewnętrznego amplitunera A/V (przetworników wyposażonych w HDMI jest jak na lekarstwo). Audiofile myślący o upgradzie za pomocą zewnętrznego DAC-a zapewne skupią swoją uwagę na wyjściu BNC.

 

Brzmienie

W początkowej, zapoznawczej fazie testu podłączyłem Lumin do drugiego systemu stworzonego na bazie kolumn ATC SCM40 i słuchawek Audeze LCD-3, w którym zastąpił on kombinację Auralic Aries mini/Chord Hugo 2. Od pierwszych chwil odsłuchu stało się jasne, że S1 reprezentuje wyraźnie wyższą półkę jakościową. Brzmienie było całościowo bardziej masywne, nasycone, substancjonalne. To był znaczący postęp. Na tym etapie nie przeprowadzałem wnikliwej analizy pasma, przestrzeni, rozdzielczości itd. Liczyło się co innego: efekt końcowy, przyjemność i satysfakcja ze słuchanej muzyki. Gdyby ktoś spytał mnie w tamtej chwili, co wybieram, nie wahałbym się ani sekundy – wolałbym zintegrowany player z Korei. Porównanie to ma oczywiście ograniczony sens (Chord z Auralikiem kosztuje 1/4 ceny Lumina), lecz – jak uczy doświadczenie – w świecie współczesnych, drogich źródeł cyfrowych korelacja jakości brzmienia i ceny jest bardzo luźna. Tym samym, Lumin pozytywnie zdał pierwszy test, dowodząc – przy tej skali usłyszanych różnic – że musi być odtwarzaczem światowej klasy high-end. Kolejnych dowodów na ten stan rzeczy dostarczyła druga faza testu, która odbyła się w moim regularnym systemie odsłuchowym, gdzie jako referencja niezmiennie od ponad 4 lat służy Meitner MA-1.

Muszę przyznać, że tym razem Lumin zrobił na mnie wcale nie mniejsze wrażenie. Sprzyjającą (dla niego) okolicznością był wprawdzie fakt, że mój słuch uległ „twardemu resetowi” po niedawno zakończonym wielkim teście subwooferów oraz wycieczce w przesycone słońcem Tatry. Ale własnej referencji tak łatwo się nie zapomina. W każdym razie, Lumin odtwarzający muzykę z NAS-a, od samego początku zagrał tak znakomicie, że głęboko rozsiadłem się w fotelu z wymownym gestem: „uff, co za ulga”.

Jasne stało się, po pierwsze, że S1 nie zalicza ewidentnych wpadek pod żadnym względem, czyli mówiąc inaczej: nie jest źródłem, które ma za zadanie czarować i nic więcej (czego mimowolnie trochę się obawiałem, wiedząc, że pierwszy Lumin nie błyszczał pod względem precyzji czy neutralności). Po drugie, nie jest to także typ urządzenia obliczonego na zbieranie punktów w każdej możliwej dyscyplinie, po to, by testujący na koniec stwierdził: „no tak, bas bardzo dobry, stereofonia znakomita, precyzja duża, barwy neutralne, wszystko się zgadza – rekomendacja”. Mamy raczej do czynienia z bardzo dobrze wyważonym zestawem cech, z których te uprzyjemniające odsłuch mają prymat nad tymi, które są przejawem bezwzględnego dążenia do doskonałości. Konsekwentnie są mocniejsze i słabsze strony prezentacji Lumina S1, jednak to, co liczy się najbardziej – wrażenie „wciągnięcia” słuchacza w muzyczny spektakl – dominuje nad wszystkimi cechami składowymi z osobna. Słowem: efekt końcowy jest lepszy niż suma (średnia) ocen cząstkowych. I to właśnie świadczy o klasie Lumina.

 

Lumin S1 7b zasilacz

Dzięki bardzo wąskiej obudowie zasilacz z powodzeniem pomieścimy obok odtwarzacza, na jednej półce.

 

S1 ma tę samą cechę co recenzowany na sąsiednich stronach wzmacniacz McIntosha – wyborną  namacalność dźwięku. Pierwszy i drugi plan urzekają plastycznością. Słychać co nieco miękkości, ale nie ma efektu wycofania, przygaszenia, zmiękczenia. Wręcz przeciwnie – średnica, szczególnie w wyższych partiach, sprawia wrażenie ożywionej, niekiedy lekko eksponowanej. Przechodzi ona w minimalnie zawoalowane, niemające tej czystości i precyzji co Meitner, soprany. Z tego względu, mogą one sprawiać niekiedy wrażenie trochę rozświetlonych. Przykładem tej tendencji był odsłuch utworu „Cold Duck” Ala Jarreau, obfitujący w mocny, otwierający werbel. Lumin bardziej zdradzał wiekową naturę tioksidowego tweetera Focala pod postacią wzmożonego efektu „ksz ksz”. Dokładna analiza góry pasma wskazuje, że poświęcono co nieco precyzji i rozdzielczości na rzecz spójności i ogólnego tak zwanego muzycznego „flow”. To jest właśnie jeden z przykładów tendencji, o której wspomniałem wyżej: bardziej liczy się efekt końcowy – w analogii do rajdów samochodowych: styl, w jakim kierowca prowadzi, niż samo zwycięstwo. Lumina bardziej więc interesuje przyjemność z dostarczania muzyki przez duże M niż skrupulatna analiza poszczególnych cech dźwięku, w szczególności rozdzielczości czy dynamiki.

Z przeciwległym zakresem jest dość podobnie: bas jest mocny, w porównaniu do mojej referencji na pewno obszerniejszy, ale nieoferujący tak precyzyjnie zarysowanych konturów, totalnej definicji. Efekt rozmycia impulsów jest jednak mniejszy niż ten, który powodują różne (nawet drogie) wzmacniacze. Barwy są bardzo realistyczne, podobnie jak wypełnienie. Jeśli miałbym konfigurować Lumina z systemem pod kątem maksymalnej uniwersalności, szukałbym wzmacniacza o bardzo dobrej rozdzielczości na skrajach pasma, a jednocześnie dużej namacalności. Trudne? A i owszem, ale nie znaczy to, że w innych połączeniach S1 nie zabłyśnie. Środek pasma jest bowiem tak pełny i niemalże organiczny, że każdy dobry system pozwoli docenić potencjał tego streamera. Jak wspomniałem, koronną cechą Lumina jest namacalność wynikająca z obecności odpowiedniej dawki zagęszczenia dźwięku i bardzo dobrego nasycenia barw, co właśnie nierozerwalnie wiąże się z jakością średnich tonów. Skutkuje to znakomitą plastycznością obrazu stereo, nawet jeśli precyzja rekonstrukcji sceny czy jej bezwzględna głębia nie są tak wyśrubowane jak z Meitnera. Niemniej, w porównaniu z innymi znanymi mi źródłami cyfrowymi za około 50–60 tys. zł (włączając w to odtwarzacze CD), stereofonia jest naprawdę wysokiej próby.

Z czystej ciekawości sprawdziłem działanie dekodowania MQA. Na potrzeby testu wykorzystałem zakładkę Masters serwisu TiDAL. Poprawa brzmienia uzyskiwanego z rozkodowanego strumienia MQA była nad wyraz czytelna –  do tego stopnia, że aż nabrałem wątpliwości, czy niezdekodowany strumień (16/44,1) nie został jakoś specjalnie „okastrowany”. Wrażenie dynamiki, czystości, namacalności oraz przestrzeń były większe niż zwykle, gdy porównujemy odpowiedniki nagrań w jakości CD i 24//96. Interesujące.

 

Galeria

 

Naszym zdaniem

Lumin S1 9 zzzSpośród znanych mi zintegrowanych odtwarzaczy strumieniowych, Lumin S1 dostarcza obiektywnie, a tym bardziej subiektywnie, najwyższą jakość dźwięku. Realną konkurencją są dla niego minimalistyczne transporty strumieniowe, jak Auralic Aries czy SOtM SMS-200 Ultra, sparowane z wysokiej klasy przetwornikiem c/a z przedziału do 40 tys. zł. Ale nawet w takiej konfrontacji S1 ma wciąż bardzo dużo do zaoferowania – szczególnie pod względem muzykalności. Jakość wykonania to ścisła światowa czołówka, a kompatybilność z Roonem oraz formatem MQA sprawiają, iż mimo błyskawicznego postępu w tym segmencie rynku, S1 zachowuje funkcjonalną świeżość.

System odsłuchowy 1:

Pomieszczenie: 30 m2 zaadaptowane akustycznie, dość silnie wytłumione
Źródło: Auralic Aries (FW 4.0) (USB audio out), Meitner MA-1
NAS: Synology DS115/WD Red 2 TB
Interkonekty: Stereovox HDSE, Albedo Metamorphosis
Kable głośnikowe: KBL Sound Red Eye Ultimate
Akcesoria: stoliki Rogoz Audio 4SPB/BBS, StandART STO, platformy antywibracyjne PAB (pod przedwzmacniaczem i przetwornikiem c/a)
Zasilanie: dedykowana linia zasilająca, listwy Furutech f-TP615, GigaWatt PF-2, kable zasilające KBL Sound Himalaya PRO, Red Eye Ultimate, Zodiac

System odsłuchowy 2:

Pomieszczenie: otwarty salon ok. 30 m2 o żywej akustyce
Źródło cyfrowe: Auralic Aries mini + Chord Hugo 2
Wzmacniacz: Monrio MC206
Zestawy głośnikowe: ATC SCM40
Interkonekty: Albedo Monolith
Kable głośnikowe: Equilibrium Sun Ray
Akcesoria: stolik  Rogoz Audio 4SPB (szerokość 113 cm) z blatami drewnianymi i wytłumieniem butylowym
Zasilanie: listwa Enerr Powerpoint, kable zasilające KBL Sound Red Eye Ultimate, Furutech FP-614Ag

Zaloguj się, by skomentować

Wybierz dział

Aktualnie w testach

  • Pathos Classic One MkIII
  • Marantz NA6006
  • Elac Miracord 50
  • Naim ND5 XS2
  • Auralic Aries G1
  • Moon 390D
  • Klipsch RF-7 III
  • Interkonekty RCA do 6000zł

Ranking urządzeń

ranking

Polecane strony

Kontakt z redakcją