PORTAL MIESIĘCZNIKA AUDIO-VIDEO

Złe praktyki w audio, cz. 1

Lip 09, 2025

Postęp technologiczny nie zawsze idzie w parze z dopracowaniem urządzeń, poprawianiem ich jakości, niezawodności, a nawet funkcjonalności. Lista niedobrych praktyk w konstruowaniu współczesnego sprzętu hi-fi i high-end jest zbyt długa, by je szczegółowo omówić w jednym artykule. Oto część pierwsza.

Tekst: Filip Kulpa | Współpraca: Ignacy Rogoń

Artykuł pochodzi z Audio-Video 9/2024 (zawiera poprawki i rozszerzenia) - Kup wydanie PDF

audioklan

 

 




Odejscie od niebieskich podswietlen to dzis wyjatek

Odejście od niebieskich podświetleń to dziś wyjątek od reguły.

Dwadzieścia osiem lat praktyki redaktora pozwala spojrzeć na trendy w konstruowaniu współczesnej aparatury hi-fi i high-end z dość szerokiej perspektywy. Przez to ponad ćwierćwiecze wiele się na rynku audio zmieniło. Istotna część tej rewolucji przyniosła użytkownikom sprzętu audio bezsprzeczne korzyści, o czym piszemy na tych łamach regularnie.

Ale istnieje też druga strona medalu — wiele trendów i praktyk, które wcale nie są korzystne, a w dłuższej perspektywie wydają się wręcz błędne z punktu widzenia wymagań i oczekiwań użytkownika. Bez emocji, chłodnym okiem, postaramy się wskazać i krótko omówić najbardziej nietrafne rozwiązania. Zaczniemy od kwestii, które w mniejszym lub większym stopniu uprzykrzają obsługę, są niezrozumiałymi półśrodkami lub niepotrzebnie komplikują, tudzież podrażają urządzenia.

Nieczytelne wyświetlacze

Dekady temu w sprzęcie hi-fi na dobre zagościły wyświetlacze monochromatyczne — przeważnie fluorescencyjne lub matrycowe, złożone z diod LED. Producenci dokładali starań, by były one możliwie czytelne z typowej odległości, z jakiej zdalnie obsługiwano te urządzenia. Na aspekt ten zwracano uwagę już w latach 80., gdy pojawiły się pierwsze odtwarzacze CD. Dziś, w dobie ekranów LCD, a czasem OLED, nader często pokazują one zbyt wiele, gęsto upakowanych informacji, które z dystansu są już właściwie nieczytelne. Jaki jest sens wyświetlania okładki na 5-calowym displeju streamera lub all-in-one’a — kosztem innych, podstawowych informacji — skoro to samo możemy zobaczyć na większym ekranie trzymanym w ręku?

Malo czytelne wyswietlacze to zmora tu przynajmniej ma przyjemny dla oka kolor

Mało czytelne wyświetlacze to zmora. Tu przynajmniej ma przyjemny dla oka kolor.

Niebieskie diody

30 lat temu producenci sprzętu audio, w pogoni za nowoczesnymi trendami stylistycznymi i korzystając z szerokiej dostępności technologii kolorowych diod półprzewodnikowych, zaczęli je aplikować w urządzeniach hi-fi. Nie wahano się sięgać po kolory żółty, zielony czy pomarańczowy, które nasz wzrok postrzega najwyraźniej i które przy okazji są przyjazne dla oczu. Sprzęt okraszony takimi diodami czy podświetleniami wygląda po prostu dobrze, budzi pozytywne skojarzenia. Mamy w redakcji wzmacniacz Sony TA-FA7ES z 1994 roku, na który aż miło popatrzeć, gdy pracuje. Przykładów urządzeń firm Accuphase czy Luxman przytaczać chyba nie potrzeba.

Niestety, z jakichś powodów (zapewne kosztowych) ogromną popularność zyskały diody niebieskie, a w szczególności ciemnoniebieskie (długość fali z dolnego krańca widma widzialnego). Szczególnie po ciemku, jaskrawo świecące diody niebieskie są męczące dla oczu, a wyświetlacze w tym kolorze o wiele mniej czytelne. Przodują w tym producenci z Chin, ale czołówka z Europy i Ameryki wcale nie zostaje pod tym względem daleko z tyłu.

Aplikacja zamiast pilota

Pilot zagościł w sprzęcie hi-fi dopiero po debiucie pierwszych odtwarzaczy CD, czyli w połowie lat 80. Masowa produkcja tych urządzeń pod koniec tejże dekady spowodowała stopniowe rozpowszechnianie się tego przydatnego wynalazku. Mniej więcej dziesięć lat później japońscy producenci wprowadzili zdalne sterowanie do obsługi wzmacniaczy hi-fi, dając użytkownikom komfort niewstawania z fotela w celu regulacji głośności czy wyboru źródła. I tak minęły prawie trzy dekady...

Tradycyjny pilot na podczerwien jest potrzebny obok aplikacji

Tradycyjny pilot na podczerwień jest wciąż potrzebny — obok aplikacji.

Niestety, jakiś czas temu uznano, że skoro są dostępne aplikacje sterujące, którymi można obsługiwać wszystkie oferowane dziś urządzenia hi-fi z dostępem do sieci i które to aplikacje „pokochali” użytkownicy, to pilot stał się zbędny. Nic bardziej mylnego. Fizyczny pilot będzie zawsze o wiele bardziej niezawodny i „szybszy” od aplikacji. To, czy wykorzystuje podczerwień, czy fale radiowe (Bluetooth) to już kwestia drugorzędna. Brak konieczności celowania nadajnikiem w urządzenie jest niewątpliwym plusem, z drugiej jednak strony to dość zawodne rozwiązanie. Nie ma to jak stary, dobry nadajnik podczerwieni.

Deficyt autorskich platform

Wielu producentów sprzętu audio nie dysponuje dostatecznymi zasobami programistów i specjalistów od IT, a wolumen produkcji jest zbyt mały, by ponieść koszty opracowania od podstaw modułu sieciowego dla odtwarzacza czy wzmacniacza strumieniowego — i nie zbankrutować po roku. Dlatego przeważnie mniejsi wytwórcy decydują się na zakup gotowych rozwiązań OEM, z którymi lepiej lub gorzej współpracują ogólnodostępne aplikacje. Dopóki mówimy o urządzeniach z niższej lub średniej półki, które dzięki takiemu efektywnemu kosztowo rozwiązaniu potrafią zaoferować lepszą jakość dźwięku, solidniejszy tor audio czy zasilacz, to nie mamy nic przeciwko. Problem pojawia się z chwilą, gdy urządzenie kosztuje kilkanaście (lub dużo więcej) tysięcy złotych i ma moduł sieciowy rodem z urządzenia za 1500 zł. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że wsparcie producenta w takich przypadkach jest mocno ograniczone, a użytkownik nierzadko pozostaje zdany sam na siebie. Co gorsza, ma to również wpływ na finalną jakość dźwięku, która bywa rozczarowująca.

Dobrze by było, gdyby producenci drogich urządzeń, niezdolni do opracowania własnych platform, otwarcie przyznawali się do tego i sugerowali swoim klientom dobre rozwiązania, skupiając się na tym, co potrafią najlepiej.

Streamer, Bluetooth: bez nich ani rusz

I tu dochodzimy do kolejnej kwestii, powiązanej z tym, o czym była mowa wyżej. Jeśli firma X nie dysponuje odpowiednio dobrym, najlepiej własnym rozwiązaniem sieciowym, to po co tworzy streamer zamiast DAC-a (który potrafi zrobić bardzo dobrze), a tym bardziej wzmacniacz all-in-one, który przez samo to, że ma dodaną funkcjonalność sieciową staje się znacznie droższy? Mało tego: takie urządzenia zaczynają wypierać klasyczne, w pełni analogowe wzmacniacze, nie dając wyboru tym użytkownikom, którzy mają już DAC czy streamer w postaci oddzielnego urządzenia. Na koniec dnia okazuje się, że jakość dźwięku uzyskiwana przez taki samogrający wzmacniacz nie jest wcale lepsza niż w przypadku zwykłego, dużo tańszego wzmacniacza połączonego ze streamerem, który kupimy za różnicę cen obydwu urządzeń. Wyjątki oczywiście się zdarzają.

Nieracjonalne jest także w dzisiejszych realiach doposażanie urządzeń sieciowych wysokiej klasy w moduły odbiorcze Bluetooth. Strumieniowanie muzyki załatwia przecież Wi-Fi i to z wyższą jakością, a moduł BT stanowi kolejne źródło zakłóceń. No chyba, że ów moduł jest zaszyty na płytce streamera, który kupiono w postaci gotowca... Tak czy owak, finalnie płacimy za coś, czego nie używamy, albo czego nie warto używać.

Należy także pamiętać, że wszelkie cyfrowe dodatki szybko się starzeją, są potencjalnie zawodnym elementem, wydzielają dodatkowe ciepło, generują zakłócenia i potrzebują zasilania, które nierzadko „kradną” ze wspólnego transformatora. Nic więc dziwnego, że wzmacniacz czy — nie daj Boże — głośniki wyposażone w takie urządzenie są o wiele bardziej awaryjne i szybciej się starzeją, ponieważ technika nieustannie idzie naprzód. Tym oto sposobem, wypasiony wzmacniacz stereo może za 10 lat podzielić los starych amplitunerów do kina domowego, których dzisiaj nikt nie chce, a wartości tych urządzeń stanowią mały ułamek ceny z dnia zakupu. Słowem, droga donikąd.

Tym bardziej, że jakość dźwięku bywa daleka od oczekiwań. Na tej podstawie niekiedy wysnuwa się fałszywy wniosek, że pliki są „z natury” gorsze od CD.

Podsumowując, urządzenia strumieniujące warto kupować oddzielnie i traktować je jako pełnoprawny element systemu, a nie dodatek do urządzenia. Tak jest po prostu lepiej, bardziej ekologicznie i tylko trochę mniej wygodnie.

Nie znaczy to, rzecz jasna, że dopracowane, lifestylowe jednostki all-in-one nie mają racji bytu. Oczywiście, że mają, ale jest to nowa, odrębna kategoria urządzeń stworzona z myślą o mniej wymagających użytkownikach, niekoniecznie zaś o audiofilach.

Wejścia zbalansowane

Obecność wejść XLR przez wielu audiofilów jest uważana za pożądaną, a w sprzęcie wyższej klasy za wręcz „obowiązkową”. Nic bardziej mylnego. O ile wykonanie zbalansowanego toru wyjściowego jest bardzo łatwe i niespecjalnie kosztowne w przypadku źródeł cyfrowych — i z tego względu na pewien sens — o tyle w przypadku wzmacniacza konieczne jest przynajmniej stworzenie przynajmniej zbalansowanej sekcji przedwzmacniacza lub chociażby stopnia wejściowego. Tymczasem w bardzo wielu wzmacniaczach średniej wyższej klasy (powiedzmy do 20 tysięcy zł lub nawet wyżej), za wejściem XLR znajduje się tani wzmacniacz operacyjny, który desymetryzuje sygnał do postaci asymetrycznej. W tej sytuacji korzyści ze stosowania transmisji zbalansowanej są żadne (chyba że mówimy o bardzo długich interkonektach), a nawet okazuje się, że połączenie XLR brzmi po prostu gorzej (dodatkowy element w torze).

Desymetryzacja sygnalu za wejsciemXLR zmora wielu wspolczesnych wzmacniaczy

Desymetryzacja sygnału za wejściem XLR — zmora wielu współczesnych wzmacniaczy.

Producenci sprzętu oczywiście wykorzystują niewiedzę użytkowników i pomimo braku racjonalności stosowania gniazd XLR, je aplikują — mimo że oznacza to przecież dodatkowy koszt, który zdecydowanie lepiej byłoby przeznaczyć na lepszej jakości kondensatory.

„Obowiązkowy” DAC

Tak jak streamery rozpychają się, gdzie się da, tak moduły przetworników c/a stały się nieodłącznym elementem wyposażenia zintegrowanych wzmacniaczy stereo. Tylko czy oby na pewno DAC we wzmacniaczu jest niezbędny? Dla kogoś, kto użytkuje wzmacniacz w domowym systemie A/V i posiada wyłącznie starszy odtwarzacz CD (bez wejść cyfrowych) — a takich użytkowników jest przecież coraz mniej — wzmacniacz z wejściem optycznym może być świetnym rozwiązaniem, by podłączyć telewizor i mieć porządne nagłośnienie przez głośniki. Tyle tylko, że producenci przeważnie nie dają swoim klientom żadnego wyboru, bo wzmacniacz po prostu ma DAC-a i już — czy tego chcemy, czy nie. A ukryta dopłata za ten element wyposażenia jest nierzadko większa niż koszt prostego DAC-a czy nawet streamera. Błędne koło.
Co gorsza, niektóre wzmacniacze otrzymują także port USB — i to bardzo różnej jakości. 10–15 lat temu miało to jeszcze jakiś sens (choć nie taki, jak w DAC-u), gdy ktoś chciał podłączyć komputer i posłuchać plików hi-res. Dziś nie brakuje na rynku dobrych przetworników c/a za parę tysięcy złotych, które i tak zagrają lepiej, a niedrogie streamery tym bardziej załatwiają sprawę.

Zaniechanie opcji rozbudowy

I tak dochodzimy do kolejnej kwestii, a mianowicie tego, że tylko bardzo nieliczni producenci — i to przeważnie drogich urządzeń — dają swoim klientom możliwość zakupu na przykład „gołego” wzmacniacza, a następnie doposażenia go w aktualny moduł DAC-a, przedwzmacniacz gramofonowy itp. Takie rozwiązanie pozwala zaoszczędzić na niepotrzebnych dodatkach, gdy ich nie potrzebujemy lub dokupić je po czasie, gdy nagle stwierdzamy, że byłyby jednak przydatne.

Zważywszy na fakt, że wiele współczesnych wzmacniaczy czy odtwarzaczy i tak ma konstrukcję modułową, nie istnieją racjonalne przesłanki, dla których na szerszą skalę nie można tworzyć urządzeń z opcjami rozbudowy.

Przyczyna obecnego stanu rzeczy wydaje się prozaiczna: producenci wolą sprzedać nowy model — najlepiej drożej — nawet jeśli się będzie różnił od poprzednika tylko sekcją cyfrową...

Niedobre jest również to, że bardzo niewielu producentów sprzętu średniej klasy oferuje możliwość sprzętowej rozbudowy konkretnych urządzeń (dodawanie lepszego zasilacza itd.)

Źle skalibrowane regulacje głośności

Logarytmiczna skala postrzegania głośności przez nasz słuch nie wymaga szerszych wyjaśnień, ani tym bardziej naukowych dowodów. Z niejasnych przyczyn niektórzy producenci jakby o tym zapominają. Zdarza się, że zastosowane, klasyczne potencjometry głośności współpracują z układami wejściowymi o tak dużym wzmocnieniu, że bardzo trudno jest precyzyjnie wyregulować głośność przy cichym lub bardzo cichym słuchaniu. Z kolei zakres powyżej godziny 12 — a więc, tam, gdzie potencjometry są z natury dokładniejsze — jest już właściwie bezużyteczny, bo nikt tak głośno nie słucha albo wzmacniacz zwyczajnie się przesterowuje. Zdumiewające, że ten błąd popełniają (i powielają!) nawet bardzo znani producenci. Tym bardziej, że duże wzmocnienie pogarsza odstęp od szumu.

W przypadku regulacji sterowanej elektronicznie również zdarza się, że jej skala jest niewłaściwie dopasowana do możliwości i mocy urządzenia. Jaki jest sens aplikowania elektronicznej (a więc z natury dość dokładnej) regulacji głośności, która już w 60% skali doprowadza do przesterowania wzmacniacza — w sytuacji, gdy ten gra z wbudowanego modułu sieciowego? Chyba jedynie taki, aby sprawić na użytkowniku (mylne) wrażenie, że urządzenie potrafi więcej niż w rzeczywistości...

Wygląd, który... podraża

Kolejnym, w dłuższej perspektywie nieco bulwersującym zagadnieniem jest podejście producentów do wyglądu i zawartości urządzeń. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że znakomita większość współcześnie produkowanych sprzętów ma świetnie wyglądać. Z zewnątrz.
Efektowne, aluminiowe czołówki, ładne stopki, kosztowne złącza są dziś niemalże obowiązkowe. Prym w tej dyscyplinie wiodą dziś producenci zestawów głośnikowych (choć w elektronice jest często wcale nie lepiej), którzy dwoją się i troją, by tak unowocześnić ich wygląd, zaskoczyć wykończeniami, membranami, nakładkami na kosze głośników, stopkami, cokołami, fikuśnymi portami bas-refleksu i czym tam jeszcze, że kolumny wyglądają (na pierwszy rzut oka) drogo, mimo że w rzeczywistości są nierzadko przeciętnymi konstrukcjami, zbudowanymi z niedrogich (lub wręcz tanich) głośników i groszowych komponentów w zwrotnicach.

Żeby nie było, że nie lubimy ładnego hi-fi: oczywiście, że bardzo lubimy! Ale niech wygląd współgra z zawartością — oba te elementy powinny tworzyć właściwą równowagę. Dziś jest ona bardzo często mocno zachwiana.

Nowy model, ale czy oby na pewno?

Wspominaliśmy już, że modernizacje urządzeń o rozbudowanej funkcjonalności w wielu przypadkach dałoby się załatwić hardware’owym upgradem — najlepiej takim wykonywanym przez użytkownika, ewentualnie przez serwis. Na szczęście są producenci, którzy tę strategię praktykują.

XLR we wzmacniaczach sredniej klasy przewaznie nie maja sensu

XLR-y we wzmacniaczach średniej klasy przeważnie nie mają sensu.

Ale są też tacy — i to niestety większość — którzy każdą sposobność do modernizacji bezpardonowo wykorzystują poprzez wprowadzenie „nowego” modelu. Z naszych doświadczeń z ostatnich lat, szczególnie po 2019 roku, wynika, że część producentów dopuszcza się mało uczciwej praktyki oznaczania urządzeń nowym symbolem lub sufiksem (MK2, S2, Anniversary itp) i zmieniania w nich jednego czy kilku komponentów. Czasem nawet do końca nie wiadomo, czy choćby to zostało zrobione... Jest to raczej smutny obraz pokazujący słabość rynku i niestabilną sytuację finansową niektórych wytwórców. Jedyne, co możemy w tej sytuacji zrobić, to świadomie rezygnować z zakupu.

Nierzetelność i ukrywanie parametrów technicznych

Jest rzeczą niemalże niepojętą, że producenci zestawów głośnikowych mają problem z rzetelnym podawaniem wartości impedancji znamionowej, efektywności i charakterystyki częstotliwościowej, nie mówiąc o szczegółowym wykresie modułu impedancji. Wykresy te dawałyby użytkownikowi 100 razy więcej informacji niż proste liczby. Wytwórcy wzmacniaczy też bardzo lubią „popłynąć”, podając na przykład, że ich urządzenie waży 15 kg, podczas gdy faktycznie jest to masa urządzenia wraz z opakowaniem (a czasem nawet i to nie).
Pomimo szerokiej dostępności narzędzi pomiarowych, których używa się nie tylko na etapie projektowania, ale i produkcji, firmy oferujące sprzęt audio bardzo niechętnie dzielą się szczegółowymi informacjami na temat swoich produktów. Czy ukrywają niewygodne informacje? Przeważnie tak, ale nie zawsze. W wielu wypadkach po prostu z góry zakładają, że klienci tego nie oczekują, kierując się zupełnie innymi przesłankami. Błąd!

Niezrozumiałe certyfikacje i znaczki

O ile publikowanie szczegółowych danych technicznych jest już passé, o tyle obwieszanie produktów przeróżnymi logotypami, jak na przykład Hi-Res Audio na kolumnach głośnikowych lub certyfikatami, które niczego konkretnego nie mówią (np. Roon Tested), stało się nieodłącznym elementem marketingu hi-fi. Im więcej znaczków, średnio zrozumiałych haseł i certyfikatów, tym lepiej. Przypominają się lata 2000. i coraz to nowsze certyfikaty THX, będące dźwignią handlową dla kolejnych, co rok pospiesznie wypuszczanych modeli amplitunerów, wzmacniaczy i procesorów wielokanałowych, które musiały być „na czasie”.

W ostatnich latach odpowiednikiem tamtego szaleństwa stało się rasowanie parametrów kości przetworników c/a, czym jakże chętnie chwalą się producenci DAC-ów, streamerów i wzmacniaczy. DSD 512, DSD 1024 — kto da więcej? Jakie jest realne znaczenie tych parametrów? Żadne.

Pogoń za (niewłaściwymi) parametrami

Nie jest to na rynku audio nowe zjawisko. Można nawet powiedzieć, że to coś naturalnego, odkąd powstała norma hi-fi (DIN 45500). Już w latach 70. producenci zaczęli się więc ścigać na waty i procenty (zniekształceń, drgania i kołysania dźwięku itd), ponieważ były to w miarę obiektywne (w tamtej epoce) parametry porównawcze. Dość szybko się jednak okazało, że norma DIN została daleko w tyle, a żyłowanie parametrów stało się domeną producentów z Japonii. Dziś tę pałeczkę częściowo przejęli Chińczycy, których urządzenia cyfrowe i analogowe legitymują się zniekształceniami THD mierzonymi w setnych tysięcznych częściach procenta (!), jak również producenci wzmacniaczy (zwłaszcza w klasie D), którzy deklarują równie cudowne wartości. Problem w tym, że znaczenie tych parametrów dawno już straciło głębszy sens, podobnie jak licytowanie się na współczynnik tłumienia (każda wartość powyżej 400 jest równie dobra), czy pasmo przenoszenia.

Z drugiej strony, producenci kolumn nabierają wody w usta, gdy chodzi o poziom generowanych zniekształceń (te są wyrażane w pojedynczych procentach lub dużych ich ułamkach), żaden producent wzmacniaczy nie podaje, co dzieje się z fazą sygnału przy 20 kHz, jak się są wzmacniacze intermodulacyjne, jak urządzenie reaguje na obciążenie mocno reaktancyjne itd. Podsumowując: widzimy przeważnie te dane, które dobrze wyglądają i są łatwe do uzyskania. Niestety, bardzo niewiele — lub zgoła nic — nie mówią one na temat faktycznej jakości oferowanych urządzeń.

„Niedobre” Wi-Fi

Część producentów audiofilskich streamerów odrzuciło opcję łączności bezprzewodowej jako bardziej zawodną i gorzej brzmiącą niż kabel Ethernet (są też tacy, którzy twierdzą, że to nieprawda i wręcz zachęcają do korzystania z Wi-Fi). Naszym zdaniem to błąd, ponieważ karta łączności bezprzewodowej mogłaby być odłączalnym dodatkiem, który doceniłoby wielu użytkowników.

Brak standaryzacji I2S

W sporej części źródeł cyfrowych i DAC–ów spotyka się dziś złącza I2S. Jest to bardzo dobry, znany od lat 80. standard transmisji danych cyfrowych z wydzielonymi sygnałami zegarowymi w celu synchronizacji źródła i odbiornika. Problem w tym, że producenci nie podjęli jak dotąd realnych prób standaryzacji I2S — mimo że dość powszechnie zaadaptowano do tego celu popularne złącze HDMI. W rezultacie, nie ma żadnej gwarancji, że dwa urządzenia różnych producentów się ze sobą „dogadają”. Pewnym wyjściem z tego impasu są konfigurowalne wyjścia I2S w urządzeniach chińskich producentów.

W drugiej części artykułu omówimy kwestie techniczne, związane z wewnętrzną budową urządzeń i wybranymi rozwiązaniami układowymi.

 

Oceń ten artykuł
(29 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Kontakt z redakcją