Zestaw słuchawkowy STAX SRS-5010

Gru 12, 2016

Index

Brzmienie

SRS-5010 używałem w dwóch systemach: najpierw w połączeniu ze źródłem kategorii B  – Pioneerem N-70A wykorzystywanym w roli odtwarzacza strumieniowego UPnP – później (podczas krytycznych odsłuchów) z moim referencyjnym Meitnerem MA-1 połączonym z transportem strumieniowym Auralica. STAX-y fenomenalnie oddały skalę różnic w jakości obu źródeł. Była ona równie duża jak ta, którą słyszę przy korzystaniu ze swoich kolumn głośnikowych, a może nawet większa. Jednym słowem: olbrzymia! Samo to wiele mówi na temat możliwości ocenianego kompletu.

 

STAX 5 SR L500 kabel

2,5-metrowy przewód sygnałowy zbudowany z 6 żył w miedzi HiFC jest wyjtkowo elastyczny – wręcz „lejący się".

 

Powód tego stanu rzeczy jest łatwy do odgadnięcia: niesamowita otwartość i przejrzystość. STAX-y mają krystaliczną, lekką i ultradetaliczną górę, której – jak stwierdziłem już w pierwszym kwadransie odsłuchów – jest ciut za dużo. Późniejsze odsłuchy i porównania miały zweryfikować ten stan rzeczy: może to wrażenie subiektywne, efekt niewygrzania? Ostatecznie doszedłem do wniosku, że jednak nie. Te słuchawki, z tym wzmacniaczem, tak po prostu mają. Czy to jest problem? W żadnym razie, choć rzutuje na całościowy balans i estetykę brzmienia. Ta jest przeciwieństwem obfitości, ciepła, mocnego dociążenia – cech znanych z planarów Audeze, w szczególności moich LCD-3. Zamiast tego otrzymujemy niebywałą lekkość i zwiewność, eteryczność prezentacji – porównywalne z tym, co oferują szczytowe planary HiFiMAN-a. To skojarzenie jest nieuniknione, choć w żadnym razie nie wyczerpuje tematu. STAX-y są bardziej dynamicznie „rozkręcone”, mają więcej wigoru, szybkości, ekspresji i – że tak powiem – „życia”, ale nie grają tak szeroko i obszernie jak HE-1000. Scena jest zdecydowanie węższa, bardziej skupiona, ogólnie mniejsza. Ciekawa obserwacja dotyczy głębi. Ze średniej klasy źródłem efekt przestrzenności był dobry, lecz nienadzwyczajny. Oczekiwałem więcej otwartości, powietrza po bokach oraz – właśnie – bardziej wyrazistej projekcji głębi. Ta pojawiła się, niczym za dotknięciem magicznej różdżki, w systemie referencyjnym. Przestrzenność i namacalność brzmienia Meitnera  jest mi doskonale znana i z wielką satysfakcją odnotowałem, jaką transformację przeszły STAX-y karmione sygnałem z tego DAC-a. Dźwięk po prostu się otworzył, zaś proporcje sceny stały się nieomal „głośnikowe”. To oczywiście celowe wyolbrzymienie, jednak ze zdumieniem stwierdziłem, że efekt niezwykłej naturalności obrazu przestrzennego uzyskany z nagrań binauralnych Chesky Records (w szczególności polecam utwór „Girl from Guatemala” z albumu „Area 31” w formacie DSD) niemalże utrzymał się na klasycznie zrealizowanym – oby dobrze – materiale (głównie akustycznym). Regres był naprawdę niewielki. W konsekwencji, z olbrzymią przyjemnością śledziłem realizacje poszczególnych utworów z długiej playlisty, obserwując bardzo wyraźne zmiany w przestrzeni z nagrania (albumu) na nagranie. Tak proporcjonalną, dokładną i naturalną przestrzenność rzadko słyszy się z nauszników.

Interesująco wypadło porównanie z LCD-3. Otóż Audeze, sterowane tańszym ze wzmacniaczy Trilogy, grały nieco obszerniej, a przede wszystkim gęściej, nadając poszczególnym instrumentom, wokalom i odgłosom więcej wagi i „obecności”. Jednak tego należało oczekiwać – komplet referencyjny jest prawie dwa razy droższy, poza tym Audeze słyną z masywnego, mocno dociążonego brzmienia. STAX-y SR-L500 są w pewnym sensie przeciwieństwem takiego stylu grania, ale od razu pragnę uciąć dalsze domysły: to nie jest wychudzone, odelżone, skrajnie analityczne granie z uszczuploną paletą barw. Jest w tym brzmieniu wspomniana wysokotonowa emfaza. Początkowo lokalizowałem ją w najwyższej, dziesiątej oktawie (powyżej 10 kHz), jednak dokładniejsze odsłuchy wskazują na coś jeszcze: o ile sama góra jest (raczej) nadmiarowa, to w niskich sopranach też występuje rodzaj doładowania – mam wrażenie, że pochodzenia rezonansowego. To tylko mój domysł, jednak sądząc po barwie trąbki Tigera Okoshi („Color of Soil”) tak właśnie może być. Barwy rekonstruowane przez japoński słuchawkowy duet są nieco „wyżej nastrojone”, trochę lżejsze i jaśniejsze niż w prezentacji stricte neutralnej. Jednocześnie jednak mamy tu mnóstwo odcieni i różnicowania. No dobrze, taki jest ogólny pogląd na brzmienie tych słuchawek, ale to nie mówi jeszcze zbyt wiele o ich możliwościach. Najlepsze dopiero przed nami.

 

STAX 3 SRM 353X

SRM-353X to jeden z najtańszych energizerów STAX-a. Jest jednak tak samo dobrze wykonany jak droższe modele.

 

Tym, co wzbudziło mój olbrzymi szacunek i uznanie dla testowanego kompletu, jest szybkość, czystość i rozdzielczość. Nie mam zielonego pojęcia, jak Japończykom udało się wykrzesać tyle informacji, tyle średniotonowej energii, tak znakomitą reprodukcję transjentów ze słuchawek za niewiele ponad 3000 zł. Jeśli w ten sposób ustawimy skalę odniesienia wobec słuchawek dynamicznych – co jest w pełni uzasadnione – to SR-L500 konkurencji nie mają… żadnej. Po prostu biją na głowę słuchawki dwukrotnie droższe, włącznie z HD800s i Audeze LCD-3. Precyzja rysowania konturów jest po prostu świetna, i to w skali absolutnej. Choć jeśli za wyznacznik tej cechy brzmienia, przyjmiemy precyzję i realizm oddania brzmienia arabskiego oud, wibrafonu czy marimby, to palmę pierwszeństwa przekazuję jednak LCD-3. Audeze mają ciut gorszy atak, ale lepszą tę środkową fazę – lepsze wypełnienie, które STAX-y jakoś „przeoczają”. Zupełnie celowo odnoszę się w tych porównaniach do produktów znacznie droższych. Japoński duet prezentuje bowiem tak wyśrubowany poziom, że w pełni zasługuje na taką nobilitację. Po prostu.

Na koniec dnia, po tych wszyskich zachwytach nad poszczególnymi cechami brzmienia, liczy się jednak tylko to, czy z tymi słuchawkami na głowie chce się słuchać muzyki, eksplorować płytotekę. Zaręczam, że tak! Szczególnie, jeśli spora jej część to muzyka klasyczna, operowa, orkiestrowa, małe składy i szeroki przekrój akustycznego jazzu. Ten zestaw preferencji jest konsekwencją tego, o czym napisałem wyżej, jak również tego, że niskie tony STAX-ów (na tę część czekała zapewne spora część Czytelników) nie brylują, mówiąc najoględniej. Nieporozumieniem i przesadą byłoby określenie ich mianem niepełnych czy lekkich. Są nadzwyczaj akuratne, wartkie i dokładne. Wydaje mi się, że i tak pozostają w lepszej proporcji z resztą pasma niż w Sennheiserach HD800(s). Zupełnie nie odczuwałem ich braku per se, jednak nie zaprzeczę, że do dynamicznego, rockowego grania nie jest to bas wymarzony. Wydaje się po prostu nieco zbyt mało elektryzujący, nie dość energetyczny. W tej materii moje Audeze, choć obiektywnie bardziej w basie podkolorowane, dawały zdecydowanie więcej drive’u i funu. Jednak muszę przyznać, że i tak byłem pozytywnie zaskoczony. Oczekiwałem, że SR-L500 będą brzmieć lżej, nieco rachitycznie. Tymczasem ich brzmienie jest rozwibrowane, odpowiednio bezpośrednie (pierwszy plan znajduje się zdecydowanie bliżej niż w przypadku Omegi SR-009) i z pazurem – także w krótkim, precyzyjnym i wcale niesłabym basie. Ależ to są słuchawki!


Zaloguj się, by skomentować

Kontakt z redakcją