Beoplay H9i

Kwi 28, 2019

Flagowe słuchawki Beoplay z dopiskiem „i” to poprawiona wersja dobrze znanego modelu. Zadebiutowała w styczniu 2018 r., równolegle z PSB M4U 8, choć obie premiery oczywiście nie mają ze sobą nic wspólnego.

Dystrybutor: Horn Distribution, www.horn.eu
Cena: 2199 zł

Tekst i zdjęcia: Filip Kulpa

Artykuł ukazał się w Audio-Video 6-7/2018

audioklan 421x71 07102019

 

 


Beoplay H9i - słuchawki bezprzewodowe

TEST

Beoplay H9i


Wieść niesie, że marka Beoplay (czy też B&O Play) odniosła na tyle duży sukces handlowy w portfolio Bang & Olusfena, że obecnie duński producent (na razie jeszcze nieoficjalnie) zaczyna powracać do swej rdzennej nazwy.
Wprowadzenie na rynek dwóch nowych modeli z dopiskiem „i” – nausznych H8i i wokółusznych H9i – wiąże się niezbyt rewolucyjnymi, ale ważnymi zmianami w obrębie zarządzania energią oraz samego sterowania.

 

Funkcjonalność, komfort, budowa

Beoplay jest marką premium, co w automatyczny sposób przenosi się na pozycjonowanie samych produktów. Konsekwentnie, H9i mogą się poszczycić nie byle jakim designem autorstwa Jakoba Wagnera, w którym główną rolę odgrywają nietypowe, bo koliste muszle, asymetryczne jarzma mocujące oraz skórzane wykończenie od zewnętrz pasa nagłownego.

Także skórzane wykończenie poduszek wskazuje na wysoką klasę produktu (czytaj: niemałą cenę). Nic więc dziwnego, że Beoplay H9i to najdroższe słuchawki w teście. Gdybym nie znał ceny, nie odgadłbym jednak, że z przodu mamy nie jedynkę, a dwójkę. Tanio nie jest, ale to w końcu „Bang”. W tym kontekście mocno dziwi jednak fakt, że producent nie załącza twardego futerału, jedynie miękki woreczek. Zapasowych padów też nie przewidziano.

Duńskie słuchawki charakteryzuje bardzo przyzwoity komfort noszenia – pod tym względem nawiązują one niemalże równorzędną rywalizację z Bose, jednak z drugiej strony ustępują prawie o połowę tańszym Sennheiserom. Ucisk na głowę jest umiarkowany i gdyby nie stosunkowo duża masa słuchawek (292 g, czwarte miejsce w teście), mogłyby one wskoczyć na drugą pozycję w klasyfikacji końcowej komfortu, na równi z Bose.

Beoplay H9i sterowanie

H9i mogą pracować w dwóch trybach – kablowym pasywnym, kablowym z włączonym ANC (tłumieniem hałasu) oraz aktywnym (bezprzewodowym), w którym redukcja hałasu jest niestety niewyłączalna. Sennheiser obrał podobne rozwiązanie.

Źródłem zasilania są podwójne, wymienne (co dość ważne) ogniwa litowo-polimerowe o pojemności 770 mAh, których pełne naładowanie zajmuje tylko 2,5 godziny. W tym celu używa się nowego interfejsu USB typu C, za co należą się słowa uznania. Nie można tego samego powiedzieć o aplikacji Bluetooth. Zastosowany chipset nie obsługuje kodeka aptX (nie mówiąc o aptX HD) – w tej klasie słuchawek to już spore niedopatrzenie. Zasięg transmisji osiągał bez przeszkód 10 m w pomieszczeniu zamkniętym, ale test przejścia z korytarzu do innego pomieszczenia oddalonego 7 m od telefonu nie został zaliczony (co udawało się większości rywali).

Na jednym ładowaniu słuchawki powinny wytrzymać od 18 godzin (w najbardziej prądożernym trybie bezprzewodowym z ANC) do 24 godzin w trybie kablowym z włączonym tłumieniem hałasu. Oczywiście „czysty” tryb pasywny w ogóle nie zużywa energii – i nie jest to bynajmniej jedyny powód, dla którego warto z niego korzystać (więcej na ten temat w dalszej części).

H9i mogą się pochwalić nowym interfejsem, w którym zadebiutowały dwa sprytne rozwiązania: czujnik zbliżeniowy oraz tryb przezroczystości. Pierwszy bajer polega na tym, że zdjęcie słuchawek z głowy powoduje automatyczne zatrzymanie odtwarzania – z pozoru niegłupia rzecz, tyle że, gdy np. zechcemy podrapać się w ucho, odchylając jedną muszlę, czujnik może to odebrać jako zdjęcie słuchawek z głowy i włącza pauzę. Druga funkcja polega na tym, że z chwilą przyłożenia dłoni do muszli słuchawki przechodzą w tryb wzmacniania dźwięków z otoczenia i jednocześnie zatrzymują odtwarzanie – wszystko po to, byśmy mogli usłyszeć, z czym zwraca się do nas stewardesa czy domownik. Przeciąganiem palców przód-tył zmieniamy utwór z kolejki odtwarzania, zaś wykonując koliste ruchy po muszli, regulujemy głośność. Jedno dotknięcie środka pola aktywuje pauzę. Tak to przynajmniej wygląda w teorii. W praktyce interfejs żyje trochę jakby własnym życiem. Procent nieudanych operacji, niezmierzonych zatrzymań odtwarzania (np. przy próbach zmiany utworu lub próby regulacji głośności) był naprawdę spory, żeby nie powiedzieć – irytujący. Zdecydowanie wolę przyciski.

 

Tłumienie hałasu

Według producenta, H9i mają cztery mikrofony w środku muszli, służące do pomiaru zewnętrznego hałasu. Dodatkowe dwa służą do prowadzenia rozmów telefonicznych. W tej roli słuchawki sprawdzają się znakomicie (obok PSB najlepiej w teście). Podobno to jeden z elementów, które poprawiono w stosunku do poprzednika.

Beoplay H9i pady

Okrągłe poduszki mają sporą średnicę wewnetrzną, mieszcząc niemal całą małżowinę (na wysokość nie do końca).

 

Tłumienie pasywne okazuje się skuteczniejsze niż w Senheiserach, ale słabsze niż w pozostałej trójce, szczególnie u Sony. W trybie bezprzewodowym nie ma to jednak żadnego znaczenia, ponieważ system NC jest z nim skojarzony na stałe i nie ma sposobu, aby to ominąć. Tak więc, gdy tylko włączymy Bluetooth, aktywny jest także system redukcji hałasu, który powoduje bardzo duży przyrost tłumienia odgłosów z otoczenia – większy niż np. w PSB. W konsekwencji efekt przytkania uszu jest odczuwalny, ale w moim odczuciu akceptowalny, niepowodujący stałego dyskomfortu.

 

Brzmienie

Beoplay to słuchawki o najbardziej charakterystycznym brzmieniu w testowej grupie. Łatwo je rozpoznać za sprawą jasnej góry, która nie tylko ładnie uczytelnia detale i sama w sobie jest bardzo dobrej jakości, ale też zmienia równowagę tonalną, jak również barwy instrumentów i wokali. Taka receptura na dźwięk w niektórych gatunkach muzycznych daje ciekawe czy wręcz pożądane efekty. Albumu „Between Us and The Light” trio Możdżer/Daniellson/Freco słuchało się nadspodziewanie dobrze; podobne efekty zapewni odsłuch większej części katalogu ECM-u. Gdy jednak zechcemy poszaleć, penetrując bardziej rockowe zakamarki naszej płytoteki, albo po prostu lubimy masywny, dociążony dźwięk, to z dużą dozą prawdopodobieństwa zechcemy sięgnąć po programowy korektor EQ. Jak się okazuje, problem nie leży w podbiciu wysokich tonów jako takim, lecz na osłabieniu wyższego basu i jego przełomu ze średnicą, co ma konsekwencje dla subiektywnego odbioru wyższych rejestrów. Wprowadzenie korekcji EQ polegającej na lekkim podbiciu zakresu 125–250 Hz w aplikacji USB Audio Player PRO, przy jednoczesnym lekkim ścięciu 8 kHz, zasadniczo rozwiązywało omawiany efekt.

Beoplay H9i sterowanie2

Dotykowe sterowanie na prawej muszli to kontrowersyjna cecha tego modelu. Z jednej strony nowoczesne i elegackie, z drugiej – niedające pewności, że zadziała zgodnie z nasza intencją.

 

Beoplay H9i w trybie bezprzewodowym to ciche słuchawki. Nie są w tym względzie odosobnione (podobnie zachowują się Sennheisery), ale tak czy inaczej, osoby lubiące ostro „przyłoić” będą zmuszone… przejść na połączenie analogowe, co – jak się okazuje – rozwiązuje nie tylko problem głośności, ale także korekcji EQ, która nagle przestaje być potrzebna. Działanie układu NC zmienia charakterystykę przenoszenia, wycinając nie tylko hałas z zewnątrz, ale także część muzyki. Tezę tę potwierdza próba włączenia NC w trybie kablowym – efekt odchudzenia dźwięku okazuje się podobny. Przy okazji zmniejsza się też głośność.

Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że w pasywnym trybie kablowym Beoplay H9i w połączeniu z dobrym źródłem grają nieporównywalnie lepiej niż po Bluetooth. W rzeczy samej są to naprawdę bardzo dobre słuchawki. Ewidentnie zyskuje precyzja basu, który wyzbywa się wacianej miękkości, zyskuje na konturach, szybkości i dynamice, dźwięk staje się zdecydowanie bardziej spójny, okrągły. Całkowicie znika efekt rozświetlenia przekazu, brzmienie staje się odpowiednio gęste i spójne. Niepomiernie rośnie zakres dynamiczny (efektu tego nie uzyskamy jednak z większości smartfonów). H9i to kompletne przeciwieństwo Sony PSB, które to słuchawki brzmią po kablu znacznie gorzej niż bez kabla. B&O to też jedyne słuchawki w grupie, pomijając ciche Sennheisery, które tak bardzo zyskują podłączone do wzmacniacza słuchawkowego lub DAP-a. Mając H9i, zdecydowanie warto korzystać z tej opcji, traktując Bluetooth wyłącznie jako opcję na ulicę czy do samolotu. W domu tylko kabel!

 

Galeria

 

Naszym zdaniem

Beoplay H9i zzzNajwyższa cena w grupie zyskuje częściowe uzasadnienie w jakości wykonania, która jest jedną z najlepszych w teście, obok Sennheiserów (które jak na ironię, są znacznie tańsze). Pod względem dźwiękowym są to na pewno dobre słuchawki. W trybie bezprzewodowym brzmią najjaśniej i najlżej w grupie, mają świetne, choć rozświetlone wysokie tony, jednak to w trybie pasywnym ukazują swój potencjał, grając nieporównywalnie lepiej i nawiązując wyrównaną walkę z Sennheiserami i Bose – dwoma innymi modelami w teście, które także potrafią brzmieć lepiej niż po Bluetooth.

Aktywne tłumienie hałasu działa skutecznie, ale modeluje charakterystykę tonalną i, niestety, nie da się go wyłączyć w trybie bezprzewodowym. Szkoda także, że nie pokuszono się o lepszy chipset BT ze wsparciem aptX HD lub chociażby aptX oraz właściwą kompensację EQ dla systemu tłumienia hałasu. A sterowanie? No cóż, to rozwiązanie dla wyrozumiałych miłośników gadżetologii

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podsumowanie testu - Słuchawki bezprzewodowe z aktywnym tłumieniem hałasu (1400 - 2200zł)

Mobilne słuchawki bezprzewodowe przywłaszczają sobie popularny segment słuchawkowy, spychając modele przewodowe na margines lub do niszy, jaką tworzą słuchawki stricte audiofilskie. Mogłoby się wydawać, że im łączność Bluetooth nie zagraża. Jednak współczesne modele bezprzewodowe za grubo ponad 1000 zł – a przynajmniej niektóre z nich – są tak dobre, że sens zakupu modeli kablowych poniżej tej granicy wydaje się coraz mniejszy...

Platforma testowa

  • Łączność Bluetooth: Samsung Galaxy S7, aplikacja USB Player PRO, pliki bezstratne 16/44,1 oraz hi-res odtwarzane z wbudowanej pamięci i dysku NAS Synology
  • Źródło stacjonarne: MacBook Pro (2015), SSD128 GB, Audirvana Plus 3.1, przetwornik c/a Chord Hugo 2

 

Słuchawki bezprzewodowe z aktywnym tłumieniem hałasu (1400-2200 zł)

 

Jakże wiele ciekawych rzeczy można się dowiedzieć, testując słuchawki bezprzewodowe z systemem aktywnego tłumienia hałasu – szczególnie flagowe modele poszczególnych producentów. Okazuje się, że drogi dojścia do celu mogą być bardzo różne. Widać (słychać) wyraźnie, że producenci wciąż sami się uczą. Jedni idą w gadżety, co ich produktom wcale nie wychodzi na dobre (sterowanie dotykowe to wciąż śliski temat, jak pokazał nasz test), inni skupiają się na pryncypiach. Większość dąży do tego, aby ich system NC odcinał słuchacza od otoczenia za wszelką cenę (czym najłatwiej się pochwalić), co poniektórzy jednak stawiają na naturalność doznań (Sennheiser) i wyrównanie skuteczności działania układu z każdej strony głowy słuchacza. Wreszcie, są tacy, którzy potrafią zaprojektować bardzo dobre słuchawki pasywne i dorobić do nich (niekoniecznie dobrą) elektronikę, jak również przeciwnie – firmy, które wyrafinowaną elektroniką skutecznie kompensują ograniczenia samych słuchawek, sprawiając, że dobrze grają tylko w swoim kluczowym przeznaczeniu, czyli w trybie bezprzewodowym (PSB, Sony). Żadnej z tych informacji nie wyczytacie na opakowaniu ani w ulotkach reklamowych, z trudem odnajdziecie je także w internecie.

Bezpośrednie porównanie 5 modeli dało wiele obserwacji, niemało zaskoczeń oraz więcej niż jednego faworyta. Bo kryteria oceny są bardzo różne. Dla pewnej (i chyba najszerszej) grupy odbiorców najlepszymi słuchawkami z ANC będą te dobre w kilku kluczowych dyscyplinach naraz: w wygodzie noszenia, skuteczności tłumienia hałasu, dobrym brzmieniu, długo trzymającej baterii (choć tu różnice wydają się mało istotne w praktyce). Wybór tak zdefiniowanego faworyta był – przyznaję – najtrudniejszy. Sprawę ułatwiła punktacja, ale znaczenie miało też ogólne odczucie – odpowiedź na pytanie: z którymi słuchawkami czułbym się najlepiej – na ulicy, w metrze, w samolocie, wreszcie w domu. Albo po prostu: które są najbardziej wszechstronne i najmniej wkurzają? Odpowiedź prawdopodobnie nie jest zaskakująca i brzmi: Bose QuietComfort 35 II. Ta nowa wersja znanego „benchmarku” w kategorii słuchawek bezprzewodowych robi wszystko, co do niej należy, dobrze ustrzegając się błędów i wpadek, które obficie przydarzają się konkurentom. To najlepiej przemyślany i dopracowany produkt w grupie i chyba w ogóle, bo poza przetestowanymi modelami raczej żaden inny nie może skutecznie zagrozić Bose.

Szukanie zdobywców pozostałych dwóch miejsc na podium doprowadza do ważnego wniosku, że o obu pozycjach bardziej decydują mocne strony produktów, które ukierunkowują je pod kątem konkretnych grup nabywców aniżeli szukanie drugiego czy trzeciego najlepszego omnibusa. Bo w rzeczywistości jest tak, że zarówno Sennheisery Momentum Wireless M2, jak i PSB M4U 8 to świetne produkty – tyle że kompletnie inne. Ktoś, komu zależy na najlepszym, a przede wszystkim na najbardziej dynamicznym i żywym dźwięku – takim przypominającym domowe słuchawki hi-fi wysokiej klasy – powinien bezdyskusyjnie sięgnąć po kanadyjskie nauszniki. Owszem, są wielkie, ciężkie i średnio wygodne, ale grają że, hej. Dynamiką zmiatają rywali ze stołu. W dodatku doskonale obchodzą się bez kabla – jego nawet nie warto wyciągać z pudełka, bo może być tylko gorzej. Z kolei niemiecka propozycja to ukłon w kierunku tych, którzy nie oczekują totalnej izolacji od otoczenia (nie spędzają dwudziestu czy więcej godzin miesięcznie w samolocie), a cenią najwyższy komfort noszenia okraszony nie gorszym brzmieniem – bardzo muzykalnym i przyjemnym. I nie przeszkadza im, że aby ostro pograć, trzeba sięgnąć po kabel i podłączyć do DAP-a, czy (choćby mobilnego) wzmacniacza słuchawkowego. W tym zastosowaniu Momentum rozwijają skrzydła i są całościowo najlepszymi w teście słuchawkami pasywnymi, a więc takimi do zwykłego, stacjonarnego użytku. To zaś w połączeniu z nieprzeciętnym komfortem czyni je niezwykle uniwersalnymi – tyle że w innym wydaniu niż Bose. Wisienką na tym smacznym torcie jest cena: wręcz okazyjna.

Czy to przypadek, że oba modele słuchawek, w których zastosowano rozbudowane sterowanie dotykowe okazały się najmniej przekonujące? Nie sądzę. Sony postawiło na ekstremalną skuteczność działania systemu NC, zapominając jednak trochę o brzmieniu, które w trybie pasywnym jest zadziwiająco słabe. Poza tym sam interfejs jest mniej wygodny, a przede wszystkim bardziej zawodny niż klasyczne rozwiązania (Bose, PSB). Propozycja B&O to najbardziej złożony przypadek, słuchawki najtrudniejsze do jednoznacznej oceny. Można je bardzo polubić, ale można też… sami wiecie, co mam na myśli. Po kablu brzmią świetnie, 
po Bluetooth – już mniej (choć da się je „odratować” programową korekcją EQ). Design i wykonanie działają na emocje, ale ta cena… Grupa docelowa chyba jednak się zgadza, o ile oczywiście zaakceptuje „awangardowy" sposób sterowania

 

Pozostałe słuchawki w teście grupowym

 

Zaloguj się, by skomentować

Kontakt z redakcją