Niegdyś obiekt westchnień wielu audiofilów na dorobku, dziś dostępny za równowartość urządzenia nieco wyższej klasy. Jak gra vintage’owy, ostatni z 20-bitowych odtwarzaczy Accuphase z końca XX wieku? By się o tym przekonać, postanowiłem go kupić.
|
Cena rynkowa (2022 r.): 1800–2000 euro |
Tekst i zdjęcia: Filip Kulpa Artykuł opublikowany w Audio-Video 12/2022 (zawiera poprawki) - Kup pełne wydanie PDF |
|
|
|
„Ostatni Mohikanin” - Accuphase DP-65V
TEST

Dożyliśmy czasów, w których wielu z nas, mając już kawał życia za sobą, jest w stanie realizować marzenia z dzieciństwa lub z lat swojej dość odległej młodości. Na przykład marzenia dotyczące sprzętu audio onegdaj zupełnie nieosiągalnego ze względu na relacje jego cen do zarobków naszych lub naszych rodziców.
Odtwarzacz CD za równowartość mieszkania nie był w latach 90. priorytetem dla wielu Polaków, więc siłą rzeczy pozostawał w sferze marzeń. Dziś te relacje wywróciły się do góry nogami i dokładnie te same urządzenia — tyle że już wiekowe — stały się dostępne dla dość szerokiego grona audiofilów. To trochę jak z luksusowymi limuzynami lub sportowymi autami sprzed dekad. Różnica polega na tym, że auta są z reguły wyeksploatowane i po „przejściach”, a ponadto dziś wiele z nich już mocno podrożało — co znów oddala perspektywę ich posiadania — podczas gdy sprzęt o jakości Accuphase może być w pełni sprawny i nie generować znaczących kosztów po zakupie. Taka inwestycja — podobnie jak motoryzacyjny youngtimer — może stać się niezłą lokatą, co w czasach galopującej inflacji nie jest bynajmniej bez znaczenia.
35 lat temu...
Pamiętam swój wyjazd do RFN w 1989 r. Byłem wtedy w pierwszej klasie liceum, a jednym z moich ulubionych zajęć podczas zimowego wyjazdu było odwiedzanie kiosków z prasą i „wertowanie” niemieckich periodyków o tematyce audio. To właśnie z nich dowiedziałem się o referencyjnym, dwuczęściowym odtwarzaczu CD Accuphase DP-80L/DC-81L, który wówczas okupował szczyty list rankingowych. Na początku nawet nie wiedziałem, jak ten sprzęt wyglądał. Kosztował zupełnie abstrakcyjne, w moim świecie, 16,5 tys. marek niemieckich. Mijały lata, a sprzęt tej klasy nadal niestety pozostawał nieosiągalny.
Marka Accuphase trwale zakorzeniła się w mojej świadomości, a podjęcie pracy w redakcji SAT-Audio-Video w 1996 r. umożliwiło mi późniejszy kontakt z urządzeniami tej — choć może nie od razu tej — klasy. W tamtym czasie posiadałem Pioneera PD-S802, który kosztował 850 marek. Później wymieniłem go na nieco droższy PD-S904 (co nie było zbyt racjonalnym posunięciem).
Szuflada nie pracuje tak jedwabiście, jak w późniejszych modelach, ale wyświetlacz i cała reszta są niezwykle apetyczne.
Niespełna trzy lata temu zrealizowałem jedno ze swoich „mniejszych marzeń” z końca lat 80. — zakupiłem odtwarzacz Sony CDP-557 ESD, który zainicjował rubrykę „Używane” na łamach AV. Tak się złożyło, że nigdy nie posiadałem urządzenia Accuphase. Po części wynikało to z innych priorytetów dotyczących rozbudowy mojego systemu odsłuchowego, a po części z cen urządzeń tej marki (tych współczesnych). Po dwóch dekadach doświadczeń w audio jakoś nie czułem palącej potrzeby posiadania „Accu”. Aż tu nagle...
Po co i dlaczego?
Kolejne dwa zakupy odtwarzaczy CD z lat 2000. uświadomiły mi, że ówczesna technika konwersji c/a (jak również wielobitowy DAC w rzeczonym Sony ES) wcale nie była zła, jak to zwykło się uważać. Wręcz przeciwnie. Zarówno Arcam FMJ CD37 (recenzja TUTAJ), jak i Naim CD5x (recenzja w AV 6/2021) pokazały, że współczesnym dakom za równowartość ich wartości rynkowej bardzo wiele do nich (dźwiękowo) brakuje — i to sporo. Jak to możliwe, skoro cały czas słyszymy o postępach techniki cyfrowej?
Sony i Naima łączyła pewna wspólna cecha: wielobitowe przetworniki o architekturze drabinkowej (sign-magnitude) firmy Burr-Brown. Ten drugi (PCM1704), obok PCM63P i PCM1702, uchodzi niemalże za kultowy. Nie jest bynajmniej przypadkiem, że pewna chińsko-amerykańska marka wykupiła cały zapas układów PCM1702 i PCM1704.
Ponad rok użytkowania Naima CD5x z zasilaczem FlatCap XS utwierdził mnie w przekonaniu, że warto pójść za ciosem i rozejrzeć się za kolejnym dyskofonem — zwłaszcza, że po latach wróciłem do słuchania płyt kompaktowych, o co jeszcze 4 lata wcześniej sam siebie bym nie podejrzewał. Pomyślałem, że warto by mieć odtwarzacz oferujący jeszcze lepsze lub może... po prostu inne brzmienie. Chciałem, by to było urządzenie nawiązujące właśnie do lat mojej młodości, ale korzystające ze zdobyczy nowocześniejszych układów konwersji c/a, dzięki czemu mógłby to być ciekawy „benchmark” dla współczesnych daków i streamerów. Postawiłem jeszcze jeden warunek: wejścia cyfrowe (optyczne i koaksjalne), które umożliwiłyby podłączenie telewizora i streamera. Sprzęt miał także ładnie się prezentować (planowałem go użytkować w salonie).
Wstępna selekcja
Jednym z kandydatów, o którym pomyślałem w pierwszej kolejności był Mark Levinson No 390S. Niewiele brakowało, bym go kupił, jednak dość wysoka cena (okolice 12–15 tys. zł) oraz niepewność związana z komplikacją tej konstrukcji (4-warstwowa płytka z Arlonu), problem niemal niewidocznie wyciekających elektrolitów (gdy to nastąpi, na ratunek jest już za późno!) oraz fakt, że czytnik nie należał do pierwszej ligi transportów CD (przemysłowa wersja CDM-12) sprawiły, że ostatecznie zrezygnowałem.
Pilot w poprzedniku (DP-65) był bardziej okazały, ale ten jest całkiem wygodny. Tyle że za bardzo plastikowy.
Minęło kilka miesięcy i przypomniałem sobie o odtwarzaczu Accuphase DP-70V. Za czasów, które wspomniałem z sentymentem, był to jeden z najlepszych zintegrowanych odtwarzaczy CD na tej planecie. Podobnie jak komplet DP-80L/DC-81L, on również okupował szczyty niemieckich list rankingowych — tyle że nieco później (debiut pod koniec 1990 r.). Cena jedynego egzemplarza dostępnego w Europie trochę mnie zniechęciła. Tym bardziej, że jest to urządzenie niemalże w wieku mojego Sony. Przez krótki czas był także dostępny komplet DP-80/DC-81L za „okazyjną” kwotę. Nie starczyło mi jednak odwagi i determinacji, poza tym szukałem odtwarzacza jednoczęściowego.
Postanowiłem zatem zgłębić temat innych modeli japońskiej marki — w nadziei, że coś ciekawego „wynajdę”. I tu z pomocą przyszła witryna producenta, który jako jedyny znany mi wytwórca urządzeń high-end, prowadzi kompletną rubrykę „Product museum”. Możemy z niej pobrać karty produktowe każdego modelu Accuphase, jaki kiedykolwiek wyprodukowano. Zawierają one nie tylko oficjalne specyfikacje, ale także obszerne opisy techniczne i zdjęcia, co jest niezwykle pomocne. Japońska firma przygotowuje te materiały z godną podziwu konsekwencją od ponad 35 lat. To, jak również dobre opinie na temat urządzeń japońskiej marki w gronie serwisantów były ważkimi powodami, dla których zdecydowałem się zawęzić poszukiwania właśnie do tej marki. Po eliminacji DP-70V (który bazował na autorskim, 20-bitowym przetworniku c/a z referencyjnego DC-81L oraz znakomitym transporcie Sony KSS-190), do wstępnego grona faworytów zakwalifikowały się cztery propozycje: DP-75/DP-75V i DP-65/DP-65V. Najstarszy z nich, DP-75 (1994), wydał mi się najciekawszy, jednak nie znalazłem ani jednej oferty. Bazował na firmowej koncepcji MMB (Multiple Multi-Bit) rodem z referencyjnego w tamtym czasie kompletu DP-90/DC-91 (1992). MMB to wiele równolegle pracujących, wielobitowych konwerterów c/a w celu obniżenia poziomu szumów i poprawy liniowości konwersji c/a na niskich poziomach (efekt uśredniania błędów). 75-ka miała architekturę transportu CD i przetwornika c/a z niezależnymi zasilaczami, odseparowanymi od siebie zarówno mechanicznie (oddzielne komory), jak i elektrycznie, za pomocą optoizolatorów. Japońscy konstruktorzy sięgnęli aż po 16 układów PCM1702 i 8-krotnie nadpróbkujący filtr cyfrowy NPC z asynchronicznym upsamplerem 20 bitów/48 kHz. W 1994 r. był to zaiste imponujący dyskofon.
Klasyczny Accuphase — wnętrze wygląda nie gorzej niż sama obudowa. Idealny porządek, rozdzielenie poszczególnych bloków funkcjonalnych i zabudowa dwupoziomowa.
Opinie użytkowników również na temat pozostałych konstrukcji były bardzo zachęcające. Cała czwórka korzystała z tego samego, bardzo dobrego „metalowego” czytnika Sony KSS-272A. DP-65 miał te same przetworniki c/a co DP-75, ale było ich o połowę mniej, a konstrukcja została uproszczona i pozbawiona wejść cyfrowych, na których mi zależało. Zmodernizowana wersja z dopiskiem V pojawiła się z końcem 1997 roku i zawierała na tyle dużo zmian, że dzisiejsi producenci z pewnością użyliby innego oznaczenia liczbowego. W tamtej epoce marketing był jeszcze wtórny wobec głosów i decyzji inżynierów.
Następca DP-75 (również z dopiskiem V) otrzymał 24-bitowe przetworniki, ale już zupełnie innego typu, a mianowicie delta-sigma AD1853 (6 szt. także w konfiguracji równoległej). Naturalnie nie był to przypadek. 1999 rok wyznaczył umowny początek ery high-res audio, przynosząc debiuty formatów Super Audio CD i DVD-Audio. 24-bitowy odtwarzacz CD na przełomie wieków prezentował się znacznie atrakcyjniej niż konstrukcja 20-bitowa. A że firma nie miała jeszcze gotowego projektu odtwarzacza SACD (ten pojawił się w połowie 2000 r. i był to dzielony DP-100/DC-101), to musiała odświeżyć ofertę dyskofonów CD. Koncepcję MMB porzucono wraz z bohaterem niniejszego artykułu. Po nim nastała era delta-sigma (MDS — Multiple Delta Sigma).
Pomijając kości od Analog Devices, DP-75V miał z mojego punktu widzenia jedną zaletę praktyczną i jedną wadę. Tę pierwszą były wejścia cyfrowe akceptujące sygnał PCM 24/96, natomiast wadę stanowiła cena (3000 euro w jedynej, znalezionej ofercie). DP-65V był znacznie bardziej przystępny (o ponad 1000 euro). Ten argument ostatecznie zaważył. Postanowiłem zaryzykować — tym bardziej, że następca, którym był DP-67 z 2003 r. wykorzystywał już zdecydowanie gorszy napęd (KSS-240A) i przetworniki delta-sigma AD1955, które co prawda ciepło wspominam z mojego Audioneta ART V2/G3, jednak interesowały mnie cenione Burr-Browny PCM1702. Poza tym, DP-67 okazał się średnio o 15–20% droższy — zapewne z powodu nowocześniejszej aplikacji wejść cyfrowych (24/96). Warto też zaznaczyć, że nowszy, lecz zdecydowanie prostszy konstrukcyjnie odtwarzacz DP-57 bywa oferowany na poziomie 1400–1500 euro (choć zdarzają się także oferty za 2400 euro!), a więc niewiele taniej niż DP-65V. Tymczasem różnica konstrukcyjna pomiędzy tymi modelami jest zasadnicza.
Decyzję o zakupie DP-65V przypieczętował fakt, że egzemplarz, który znalazłem w Hamburgu, miał pełną dokumentację zakupu (pochodził od niemieckiego dystrybutora PIA, co ma duże znaczenie na tamtejszym rynku) i oryginalny karton. Co więcej, oferował go istniejący od wielu lat sklep, który wystawił rachunek i gwarancję. Właściciel sklepu nie zgadzał się na wysyłkę do Polski, co wiązało się z koniecznością odbioru osobistego. Zafundowałem sobie więc trzydniową wycieczkę z postojem w Berlinie, gdzie nareszcie udało mi się odwiedzić Classic Remise Berlin — prawdziwą mekkę miłośników klasycznej motoryzacji.
Odbiór
Na miejscu okazało się, że odtwarzacz jest w stanie „jak nowy” i że miał tylko jednego właściciela, który zakupił go w lutym 1999 r. u autoryzowanego dealera Accuphase w Bonn. Użytkownikiem 65-ki był starszy pan, który „obsługiwał go w białych rękawiczkach”. Na pilocie nie znalazłem choćby jednej ryski.
DP-65V kosztował w 1998 roku 11 900 marek (później było to 6000 euro). W dzisiejszych realiach tę kwotę należałoby pomnożyć przez czynnik 2 lub 2,5. Mówimy zatem o sprzęcie, który dziś byłby wart 60–70 tys. zł. I oczywiście nie mógłby powstać, ponieważ zmieniła się technologia, a kluczowe dla działania całości elementy nie są już osiągalne. Tym bardziej dziwi tak wielka deprecjacja. Dodam, że DP-65V był w swoim czasie droższy od flagowej integry E-406V (którą ów sklep również odkupił od właściciela DP-65V). Spróbujcie kupić wymuskany egzemplarz tego wzmacniacza za mniej niż 2000 euro — jest to absolutnie to nierealne.
Jeden z mocnych punktów DP-65V — metalowy czytnik Sony z wózkiem magnetycznym,
Z jednej strony nie zaskakuje fakt, że wartość odtwarzaczy CD spadała przez lata szybciej niż wzmacniaczy i w dobie streamingu sięgnęła dna. Niemniej, dyskofony tej klasy, z tej epoki, mają — jak sądzę — większy potencjał wzrostowy. Tak zbudowane urządzenia już nigdy nie powstaną. Tymczasem wybór sprawnych wzmacniaczy (które łatwiej naprawić) jest znacznie większy niż wartościowych odtwarzaczy CD.
Wzorowe wykonanie
Po otwarciu obudowy od razu przypomniał mi się widok Sony 557 ESD — piękny i kolorowy. I ponownie zdumiała mnie czystość wnętrza — sterylnie czystego, całkowicie wolnego od kurzu. Na tym tle widok równie wiekowych wzmacniaczy może napawać przerażeniem. Przypominam, że są one dużo droższe. Jak to możliwe, że po 23 latach wnętrze wygląda jak półroczne? Obudowa nie jest przecież idealnie szczelna ze względu na obecność szuflady. Sądząc po stanie urządzenia i pilota trudno wykluczyć scenariusz „trzymania pod kocem”. Istnieje oczywiście ewentualność, że odtwarzacz był serwisowany, ale nie dopatrzyłem się śladów ingerencji wewnątrz.
Chassis zrobiono najprawdopodobniej z podwójnej stalowej płyty opartej na czterech aluminiowych stopach wykończonych filcem, który ułatwia przesuwanie ważącego ponad 16 kg urządzenia po blacie stolika, przy okazji eliminując ryzyko jego porysowania. Pięknie obrobiony front reprezentuje standard Accuphase, podobnie jak aluminiowe boczki. Zaimponowała mi górna pokrywa zbudowana z dwóch, elastycznie klejonych ze sobą płyt stalowych, dzięki czemu jest ona kompletnie niepodatna na rezonowanie. Sam ten element waży 2,7 kg. Widząc, a raczej słysząc, brzęczące obudowy we współcześnie produkowanych urządzeniach po kilkadziesiąt tysięcy złotych, mam ciarki na plecach.
Solidna technika
Wnętrze DP-65V to przykład bardzo rzetelnie wykonanej roboty: poczynając od samego projektu elektroniki i mechaniki, poprzez jakość płytek drukowanych (wyłącznie do montażu przewlekanego; nie znajdziemy tu żadnego SMD), dobór elementów (m.in. kilka typów zapewne nieprzypadkowo wybranych kondensatorów w torze audio), a skończywszy na precyzji montażu i perfekcyjnym wykonaniu całości.
Zasilacz nie może być byle jaki. Duża liczba stabilizatorów i aż trzy typy elektrolitów o słusznej pojemności.
Wewnętrzne grodzie oddzielają główne sekcje urządzenia: napęd, zasilanie, sterowanie, tor audio, wyświetlacz oraz komorę opcjonalnych modułów wejściowych. Zabudowa jest dwupoziomowa. Staranność projektu 65-ki przejawia się także na innych płaszczyznach — widać ją choćby na przykładzie kubków ekranujących niezależne transformatory dla sekcji analogowej i cyfrowej. Środkową część zajmuje wyciszony mechanizm szuflady wraz z solidnym, metalowym napędem Sony KSS-272A. Wózek czytnika przesuwa się prostoliniowo, wzdłuż metalowych prowadnic i jest napędzany elektromagnetycznie. Laser nie uchodzi za równie żywotny, jak w KSS-190A, ale o trwałości zastosowanej diody świadczy fakt, że wiele egzemplarzy odtwarzaczy Sony z serii ES (np. CDP-X779ES/X559ES, CDP-X707ES/X505ES) działa bezproblemowo do dziś, a są to przecież urządzenia nawet o 10 lat starsze niż młodsze okazy DP-65V. Tak więc, mimo zaawansowanego wieku, zadbany egzemplarz może posłużyć kolejnych 15 lat. Mechanizm szuflady wyposażono w blokadę tacki w trakcie odtwarzania — po to, by nie była ona pobudzana do drgań i rezonansów w trakcie odczytu. Służą temu dwie niewielkie dźwignie zwalniane w momencie otwierania szuflady.
Wszystkie elementy napędowe i czytnik są zasilane napięciami symetrycznymi w celu zapobieżenia przenikaniu zakłóceń do elektrycznej masy urządzenia. Użyto podwójnych wzmacniaczy scalonych Toshiba TA7256P. Płytkę sterowania ulokowano z prawej strony. Za nią, idąc w kierunku tylnego panelu, widać metalową pokrywę, pod którą znajduje się przestrzeń na dwa opcjonalne moduły wejść i wyjść. Producent przewidział aż pięć opcji. Wśród nich była m.in. płytka z wejściami/wyjściami AES/EBU, płytka z wejściem BNC i płytka z wejściem światłowodowym HPC (stosowanym chyba tylko przez Accuphase). Urządzenie można było doposażyć łącznie w 5 wejść cyfrowych! Niestety, żadna z opcji nie zdejmuje ograniczenia częstotliwości próbkowania sygnału (48 kHz). Istotne jest jednak to, że odbiornik wejściowy (CS8412) obsługuje sygnały wejściowe o 24-bitowej długości słów. Dalej, w filtrze cyfrowym NPC SM5843AS1, muszą one jednak poddane decymacji do 20 bitów. Układ ten dokonuje 8-krotnego nadpróbkowania. Accuphase wybrał ostrzejszą z dwóch charakterystyk (sharp roll-off) o 110-decybelowym tłumieniu w pasmie zaporowym. Najprawdopodobniej to właśnie w tym układzie jest realizowana regulacja poziomu wyjściowego w zakresie od 0 do -40 dB.
Oddzielne, szczelnie zaekranowane transformatory zasilające dla sekcji cyfrowej i analogowej.
Właściwa część sekcji przetwornika c/a znajduje się na spodniej stronie płytki, z lewej strony urządzenia. Użyto czterech 20-bitowych układów PCM1702 we wspomnianej konfiguracji MMB. Cel? Uśrednienie nieliniowości konwersji na najniższych poziomach (poniżej -90 dBFS) oraz zmniejszenie poziomu szumów o 6 dB. Producent zastosowanych konwerterów c/a, firma Burr-Brown po raz pierwszy rozwiązała problem nieliniowości/zakłóceń przejścia przez stan bipolarnego zera (który dotyczył m.in. poprzednich układów PCM63P). Temu celowi służy architektura znak-amplituda (ang. sign-magitude) z dwoma segmentami w układzie symetrycznym i ze stałoprądowym offsetem.
Tor audio jest zdublowany (RCA i XLR), co tłumaczy podwojoną liczbę przetworników c/a (8 szt.). Sekcję analogową zbudowano w oparciu o podwójne wzmacniacze operacyjne. Przy samych PCM1702 widoczne są układy NEC 4570C (po 2 sztuki na tor). Dalej mamy dwa, dosyć popularne wzmacniacze operacyjne JRC 5532D i JRC 2114D. Realizują one filtrację analogową 4. rzędu Butterwortha.
O filtrację napięć dba 13 kondensatorów elektrolitycznych ułożonych w cztery sekcje o pojemnościach od 2200 do 4700 µF. Znajdziemy wśród nich 4 szt. Nichiconów Fine Gold. Stabilizację napięć zapewnia 11 scalonych regulatorów. Dalej, w torze audio, przy przetwornikach c/a znajdziemy ciekawy miks wyselekcjonowanych elektrolitów (Nichicon Muse, Elna Starget, Silmic) oraz, „ubarwiające” całość, pomarańczowe kondensatory sprzęgające. Załączany przekaźnikami sygnał jest podawany do wyjść RCA i XLR dostarczających sygnał o takim samym poziomie (2,5 V RMS) i charakteryzujących się małą impedancją wyjściową (50 omów). Korzystanie z wyjść XLR wydaje się preferowaną opcją, ale zawsze powtarzam i powtarzać będę, że liczy się nie tylko wyjście, ale i wejście, tj. jego implementacja we wzmacniaczu. Jeśli zaraz za wejściem mamy desymetryzację na dodatkowym scalaku, to atuty transmisji zbalansowanej najczęściej się ulatniają.
Gdyby premiera DP-65V odbyła się rok później, mógłby on otrzymać nowsze, 24-bitowe układy PCM1704. Co ciekawe, układów tych nie użyto także w późniejszym DP-75V, a przecież kości AD1853 zadebiutowały kilka miesięcy po PCM1704. Ciekawe, czym sugerowali się inżynierowie Accuphase.
Funkcjonalność
Producent reklamował swój odtwarzacz jako transport i przetwornik c/a w jednej obudowie. Pod koniec lat 90. nie było to już nowatorskie posunięcie. Impulsem do jego implementacji w DP-65V (wzorem DP-75) stało się wprowadzenie na rynek parametrycznego equalizera cyfrowego DG-28. Dzięki obecności wejść i wyjść cyfrowych można go było wpiąć w cyfrową pętlę odtwarzacza. Wydaje się to nieco karkołomnym rozwiązaniem, ale w tamtym czasie japoński producent mocno promował tę innowację. Nawiasem mówiąc, miałem okazję testować ten korektor i pamiętam, że było to coś bardzo interesującego, mimo pewnych kontrowersji.
Już 25 lat temu istniała potrzeba wyposażania odtwarzaczy CD w wejścia cyfrowe. Przypomnijmy: to epoka magnetofonów DAT i formatu DVD, a nawet cyfrowego korektora akustyki (DG-28)
Przycisk „CD/PROC” umożliwia elektryczne rozłączenie obu sekcji. Wybranie wejścia cyfrowego nie zatrzymuje odtwarzania płyty, ani nie wyłącza wyjść cyfrowych. W codziennym użytkowaniu to pozornie niepotrzebne rozwiązanie ma pewną zaletę: możliwa jest zmiana płyty podczas grania ze streamera czy oglądania filmu. Wbrew pozorom, to całkiem użyteczne.
Wyświetlacz, który w opisywanym egzemplarzu świeci jak nowy, ma przyjazną dla oka, ciepłą czerwoną barwę, ale mógłby być bardziej czytelny z odległości. W rzeczywistości mamy do czynienia z dwoma wyświetlaczami (i dobrze). Lewy wskazuje numer ścieżki i całkowitą liczbę utworów, prawy — czas trwania utworu i/lub ustawiony poziom wyjściowy w zakresie od -40 do 0 dB. Regulacja odbywa się w domenie cyfrowej i jak deklarował producent, była ona bezstratna w tymże zakresie, co zawdzięczała 4-bitowemu zapasowi liniowości sekcji przetwornika c/a. W mojej opinii jest to deklaracja trochę na wyrost, ale sama regulacja jest niewątpliwie użyteczna. Ciekawostką jest możliwość wyświetlania czasu trwania nagrania z dokładnością do jednej ramki (1/75 s). W żadnym innym odtwarzaczu CD nie spotkałem podobnego rozwiązania.
Poziom wyjściowy jest na stałe zapamiętywany przez urządzenie. Nie ma zatem ryzyka, że po włączeniu muzyki uszkodzimy wzmacniacz mocy lub głośniki. Odtwarzacz nie ma trybu gotowości. Włączamy go i wyłączamy fizycznym włącznikiem na czołówce. Pomimo rozbudowanego zasilania liniowego i konwersji c/a, pobór mocy jest mniejszy niż w przypadku większości współczesnych urządzeń cyfrowych: wynosi 15 watów w trybie przetwornika i 18 W, gdy pracuje także napęd. Dokładnie tyle podaje sam producent.
Do jednej tylko rzeczy mam zastrzeżenia: plastikowy pilot wygląda jak tani zamiennik.
Brzmienie
Na odsłuchy poświęciłem wyjątkowo dużo czasu i to w różnych konfiguracjach sprzętowych, poczynając od mobilnego systemu słuchawkowego (Topping A90+Sennheiser HD 660S), który zabrałem ze sobą do hotelu, chcąc wszystko dokładnie sprawdzić zanim oddalę się od miejsca zakupu. Ten prowizoryczny odsłuch kontrolny zasygnalizował mi, że mam do czynienia ze źródłem w zaskakującym stopniu lepszym niż znakomity przecież Naim CD5x/FlatCap, z pomocą którego kalibrowałem słuch kilkanaście godzin wcześniej (na tym samym wzmacniaczu i słuchawkach). Odczułem przyrost szczegółowości, nasycenia dźwięku alikwotami, jak również przestrzenności. Naturalnie musiałem to jeszcze zweryfikować, ale pierwsze wrażenie można streścić w jednym słowie: „wow”.
Co by nie mówić, wygląd też jest dużym atutem tego odtwarzacza.
Powrót do domu i wpięcie odtwarzacza najpierw do systemu w salonie potwierdziło wstępne wrażenia. Soczystość i energia dźwięku wydawały się wręcz deklasujące dla uwielbianego przeze mnie kompletu Naima. Potem przyszła faza bardziej wnikliwych odsłuchów i porównań, a dodam, że działo się w tym czasie niemało. Przez mój system przewinęły się dwa polskie przetworniki c/a, wspomniany Naim CD5x z FlatCapem XS, za absolutny punkt odniesienia posłużył dCS Bartók w komplecie z Sony CDP-557 ESD (plików w tym czasie nie słuchałem prawie w ogóle). Sprawdziłem ponadto wejście koncentryczne (używając streamera iFi i Sony 557 ESD) oraz sekcję transportu. Po dwóch tygodniach odsłuchów i dość wyczerpujących porównań, wykrystalizował się ostateczny obraz tego odtwarzacza. Nie było to jednak wcale takie oczywiste po pierwszych zachwytach, ponieważ charakter urządzenia... ewoluował. Wiem, że trudno uwierzyć w teorię wygrzewania 23-letniego urządzenia, ale ponad wszelką wątpliwość w końcowej fazie testu nie słyszałem już pewnych, niezupełnie pozytywnych cech tego odtwarzacza, które stwierdziłem świeżo po zakupie. Proszę mnie nie pytać, jak to możliwe, ale po „dotarciu” DP-65V zabrzmiał cieplej, spójniej i bez emfazy w górnej średnicy, co początkowo trochę nie dawało mi spokoju, choć całościowy efekt i tak był imponujący.
Wrażenie było takie, że „Accu” gra niezwykle prężnie, soczyście, energicznie, ale chwilami nazbyt efektownie, jakby koniecznie chciał zabłysnąć. Znamy takie przypadki. Przypisałem tę cechę Burr-Browom (coś podobnego pamiętam z wyjść analogowych Sony), ale coś mi się w tym strojeniu nie zgadzało. Mijały dni, a ja w końcu zdecydowałem się podłączyć odtwarzacz bezpośrednio do końcówki mocy. Nie wiązałem z tą konfiguracją wielkich nadziei, bo to w końcu regulacja cyfrowa, na pewno nie tak zaawansowana, jak ta w dCS-ie. Tymczasem DP-65V ujawnił cały swój potencjał. Starałem się nie schodzić poniżej poziomu -20 dB i efekt był doprawdy zdumiewający. Odsłuch płyty „The Ultimate Adventure” Chicka Corei dostarczył mi mnóstwo radości. Dynamika, energia, nasycenie, prężny rytm w połączeniu z wartkim basem i toną „mięsa” w średnicy i górze sprawiły, że spędziłem trzy kwadranse przykuty do fotela. Otwartość dźwięku, zakres dynamiki, swoboda, przejrzystość, projekcja detali i scena dźwiękowa, jak również bas w żadnym razie nie kojarzyły się z wyeksploatowanym staruszkiem, lecz z czymś zgoła odmiennym — rzekłbym, że negatywem takich projekcji. DP-65V ma wiele cech, których chronicznie mi brakuje we współczesnych źródłach cyfrowych. Przede wszystkim mam na myśli nasycenie alikwotami, czyli oddanie barw instrumentów i wokali, ale nie tylko to. Chodzi także o wrażenie namacalności muzyków, iluzję obcowania z żywym dźwiękiem, a nie tylko jego syntetyczną namiastką. Rzecz dotyczy efektu solidnej konsystencji dźwięku. Tu nie ma żadnego uszczuplenia, wysuszenia, zszarzenia barw, które są typowe dla urządzeń bazujących na układach Sabre czy AKM. Słuchając tego dyskofonu, nie stwierdzimy także sztucznego i w wielu wypadkach przesadnego wygładzenia dźwięku, które niekiedy kojarzy się z analogiem. To tania pułapka — owo sztuczne wygładzanie zabija mikrodynamikę, jak stwierdził ostatnio mój redakcyjny kolega, Marek Lacki. W odtwarzaczu Accuphase to zjawisko po prostu nie występuje. Mikrodynamika jest wszędzie, dźwięk żyje — jest witalny, ma w sobie energię i rytm. To nie żadna stereotypowa ciepła klucha, lecz przekaz z krwi i kości — jędrny, prawdziwy, duży i lekko ocieplony. Średnica ma tendencję do pewnej dominacji, ale to efekt przyjemny i na ogół korzystny. Góra jest obiektywnie świetna: ma koloryt, wyraźnie wyrysowaną krawędź ataku, blask i powietrze. Muzyka gra i oddycha. Charakterystyka nie dąży do bezwzględnej neutralności, absolutna czystość i higiena nie są tu priorytetem. Jest nim natomiast przekaz muzyki w sposób, który określiłbym jako autentyczny i niepohamowany. Zdecydowanie ważniejsze niż kontury dźwięków jest tu ich wypełnienie. Przez chwilę nawet Bartók wydał mi się trochę „krawędziasty” i zbyt analityczny.
Montaż przewlekany w bardzo dobrym wydaniu. Po ponad 20 latach druk wygląda jak nowy i nic nie cieknie.
Zbalansowany tor analogowy z filtrem Butterwortha 4. rzędu wygląda dość prozaicznie, ale sekcja konwertera już nie.
Łącznie 8 układów PCM1702 to zapowiedź solidnego dźwięku.

Najbardziej „obawiałem się” basu. Zupełnie niepotrzebnie. Okazał się pełny, dobrze wypełniony i nisko schodzący. Słowem, klasowy i na pewno high-endowy. Jak zresztą cały przekaz, który dziś zakwalifikowałbym do kategorii A — bez chwili zawahania.
W kategoriach absolutnych, DP-65V ma też pewne ograniczenia, które jednak w żadnym stopniu nie przyćmiewają jego blasku. W bezpośredniej konfrontacji z Bartókiem odtwarzającym sygnał płynący z transportu Sony, Accuphase nie gra tak swobodnie i przestrzennie, wykazuje lekkie zaokrąglenie na dole pasma, utratę precyzji i wysłodzenie góry. Generalnie rzecz biorąc, jest mniej przejrzysty, mniej klarowny i nie tak wysublimowany. Nie tworzy takiego efektu 3D, jest trochę jakby zbity, gra węziej i płycej. Z kolei na tle daków za 20-30 tys. zł wypada pod tym względem bardzo dobrze. Poza tym, muzykalnością bije większość z nich na głowę, nie ustępując dCS-owi. Pamiętajmy o jednym. To źródło za prawie 100 tys. zł, opracowane (mam na myśli DAC) ledwie 3 lata temu. Jego połączenie z vintage’owym napędem CD Sony ES tworzy absolutną synergię. Sam fakt, że musiałem sięgnąć z porównaniami tak daleko, mówi moim zdaniem więcej na temat możliwości DP-65V niż przytaczanie wrażeń z odsłuchu 15 kolejnych płyt, jakie wylądowały w szufladzie, przy czym było ich oczywiście więcej.
Większość audiofilów korzysta dziś z Tidala, używając nowoczesnych daków lub odtwarzaczy strumieniowych. To wygodne i nieźle brzmiące rozwiązanie, o ile nie oczekujemy absolutu i pełnego zaangażowania emocjonalnego. Trochę przykro to stwierdzić, ale próba odniesienia takich systemów do możliwości opisywanego odtwarzacza jest z góry skazana na porażkę. I nie pomoże tu stos magicznych switchy i zasilaczy. Te systemy są z jednej strony zbyt skomplikowane pod względem całej infrastruktury towarzyszącej, wnoszącej niekontrolowane zależności i interferencje, a z drugiej nazbyt (przeważnie) uproszczone po stronie toru analogowego i zasilania, by mogły oferować żywe, naturalne, absorbujące brzmienie. Podam wymowny przykład. Niedawno testowałem pewien transport strumieniowy znanej i lubianej marki (nazwy nie zdradzę, bo poza recenzją byłoby to nie fair). Nie mogłem uwierzyć, że w takim stopniu może się popsuć brzmienie Bartóka — jego jakość spadła w okolice DP-65V, a nawet poniżej.
Ilustruje to problem wielu audiofilów: coś nie gra, ale nie wiadomo co. Inni z kolei twierdzą, że płyty CD brzmią lepiej niż pliki. A przecież to nie płyty/pliki grają, tylko całe urządzenia! A te bardzo się zmieniły na przestrzeni ostatnich 15-20 lat. Czy na gorsze? Jestem przekonany, że pewne, dziś popularne rozwiązania wygrały ze względu na parametry i łatwość aplikacji. Skoro skonstruowany 25 lat temu odtwarzacz CD potrafi zagrać praktycznie pod każdym względem lepiej niż znane mi przetworniki c/a i streamery do co najmniej 30 tys. złotych, to chyba jednak coś poszło nie tak, jak powinno, nieprawdaż?
Montaż przewlekany w bardzo dobrym wydaniu. Po ponad 20 latach druk wygląda jak nowy i nic nie cieknie.
Gwoli uzupełnienia, sprawdziłem wejście koncentryczne, chcąc uzyskać odpowiedź na pytanie, czy DP-65V jest równie świetnym przetwornikiem c/a. Odpowiedź jest w pełni twierdząca, trzeba jednak pamiętać, że bardzo wiele będzie zależeć od klasy podłączonego transportu. W połączeniu z Sony 557 ESD (z niewielką modyfikacją wyjścia cyfrowego) uzyskałem jeszcze lepszy dźwięk niż z wbudowanego napędu. Jak to możliwe? Wewnętrzna komunikacja pomiędzy napędem a przetwornikiem c/a w DP-65V nie odbywa się po magistrali I2S, lecz po S/PDIF (jest tak również w Marku Levinsonie No 390S, co mnie zdumiało). A skoro tak, to powyższy wniosek nie musi zaskakiwać. No cóż, starsze bywa lepsze. W górze pasma przybyło wypełnienia i szlachetności, dźwięk stał się jeszcze bardziej otwarty i rozdzielczy. W kontraście do tej mimo wszystko niepraktycznej rewelacji (kto by używał odtwarzacza CD z zewnętrznym transportem CD?), niedrogi IFi ZEN Stream wypadł obiektywnie gorzej niż wbudowany napęd. Nie zdziwiło mnie to, choć na pierwszy rzut ucha przekaz zdawał się bardziej efektowny, „podpompowany”. Z dobrym źródłem sygnału cyfrowego lub z porządnym konwerterem USB->S/PDIF z pewnością uzyskamy znakomity dźwięk, na poziomie tego z wbudowanego napędu CD. Aha, byłbym zapomniał wspomnieć, że wejście i wyjście koncentryczne są izolowane transformatorami dopasowującymi. Są one zintegrowane z gniazdami — świetne rozwiązanie. Myśląc o wykorzystaniu DP-65V jako DAC-a do streamingu musimy jedynie pamiętać, że materiału hi-res nie odtworzymy w natywnej rozdzielczości. Najlepiej będzie użyć synchronicznego downsamplingu w Roonie czy Audirvanie do 44,1/48 kHz. Oczywiście ograniczy to jakość dźwięku z plików hi-res, ale wciąż będzie to świetne granie, a cała reszta ulubionej muzyki zagra wybornie. Szkoda DSD? A kto powiedział, że DP-65V miałby być jedynym źródłem w systemie?
Na koniec przetestowałem wyjście cyfrowe. Po doświadczeniach z podłączeniem Sony w roli napędu do wejścia cyfrowego nasuwał się logiczny wniosek, że sekcja transportu w Accuphase nie jest równie wyrafinowana. I faktycznie, nie jest. Bartók ukazał spory uszczerbek w dziedzinie namacalności i jedwabistości brzmienia. Efekt magicznej synergii niestety zniknął. Dźwięk miał mniej swobody i oddechu, stał się twardszy. Tutaj SOtM sMS-200 Ultra Neo podłączony do wejścia USB miałby już chyba przewagę. Reasumując, napęd jest niewątpliwie słabszym elementem niż zgoła kapitalna sekcja cyfrowo-analogowa. Ona sama jest moim zdaniem warta więcej niż kwota, za jaką dziś (jeszcze) można kupić ten odtwarzacz — i to w doskonałym stanie. Tak więc nawet gdy popsuje się napęd, Accu wcale nie stanie się bezużyteczny — zwłaszcza, że „dawców” napędów wciąż (jeszcze) nie brakuje.
Galeria
Zbalansowany tor analogowy z filtrem Butterwortha 4. rzędu wygląda dość prozaicznie, ale sekcja konwertera już nie.
Odtwarzacz Accuphase DP-65V
Co by nie mówić, wygląd też jest dużym atutem tego odtwarzacza.
Już 25 lat temu istniała potrzeba wyposażania odtwarzaczy CD w wejścia cyfrowe. Przypomnijmy: to epoka magnetofonów DAT i formatu DVD, a nawet cyfrowego korektora akustyki (DG-28).
MMB to wiele równolegle pracujących, wielobitowych konwerterów c/a w celu obniżenia poziomu szumów i poprawy liniowości konwersji c/a na niskich poziomach (efekt uśredniania błędów).
Jeden z mocnych punktów DP-65V — metalowy czytnik Sony z wózkiem magnetycznym KSS-272A. Znajdziemy go w wielu wysokich modelach Sony ES (5 i 7) z pierwszej połowy lat 90..
Pilot w poprzedniku (DP-65) był bardziej okazały, ale ten jest całkiem wygodny. Tyle że za bardzo plastikowy.
Elegancki panel frontowy. Przyciski sterowania rozmieszczono po prawej stronie wyświetlacza.
Układ sterowania napędem
Szuflada nie pracuje tak jedwabiście, jak w późniejszych modelach, ale wyświetlacz i cała reszta są niezwykle apetyczne.
Sekcję analogową zbudowano w oparciu o podwójne wzmacniacze operacyjne. Przy samych PCM1702 widoczne są układy NEC 4570C (po 2 sztuki na tor).
Oddzielne, szczelnie zaekranowane transformatory zasilające dla sekcji cyfrowej i analogowej.
Oddzielne, szczelnie zaekranowane transformatory zasilające dla sekcji cyfrowej i analogowej.
Klasyczny Accuphase — wnętrze wygląda nie gorzej niż sama obudowa.
Idealny porządek, rozdzielenie poszczególnych bloków funkcjonalnych i zabudowa dwupoziomowa.
Zasilacz nie może być byle jaki. Duża liczba stabilizatorów i aż trzy typy elektrolitów o słusznej pojemności.
Podsumowanie
Zachwycił mnie ten odtwarzacz. Uważam, że był to niezwykle udany zakup i chyba nie najgorsza inwestycja. Nie chcę przez to powiedzieć, że każdy szanujący się audiofil ma sobie kupić DP-65V, nie mówiąc już o bardziej zacnych modelach, jak choćby DP-75 czy DP-90/DC-91. Jest teraz doskonały moment i okazja ku temu, by poszukać takich perełek — pod warunkiem, że są w nienagannym stanie. Dlaczego zatem, zamiast inwestować kolejne dziesiątki tysięcy w tor plikowo-strumieniowy, nie zrobić półobrotu i nie cofnąć się do minionej epoki, czerpiąc z niej to, co najlepsze — póki jest niedrogo?
Errata: Po prawie czterech latach od zakupu, Accuphase wciąż jest w moich rękach — w pełni sprawny i dzielnie stawiający czoła dziś już prawie o 30 lat młodszym urządzeniom...
System odsłuchowy:
- Pomieszczenia: zaadaptowane akustycznie 30 m2, panele Vicoustic, Mega Acoustic oraz własnego projektu, kolumny w polu swobodnym, ponad 2 m od tylnej ściany; otwarty salon >35 m2 o żywej akustyce
- Źródła odniesienia: Sony CDP-557ESD+dCS Bartok, Naim CD5x/FlatCap XS, MuzgAUDIO Reference DAC-01S
- Transport SPDIF: iFi ZEN Stream z zasilaczem Topping P50
- Przedwzmacniacz: Conrad-Johnson ET2
- Wzmacniacze mocy: Audionet AMP1 V2
- Wzmacniacze zintegrowane: Audia Flight FLS9, Denon PMA-2000AE (system 2)
- Interkonekty: Albedo Metamorphosis (RCA), Stereovox hdse (RCA), Equilibrium Turbine (XLR I RCA), Nordost Tyr (75 Ω BNC/RCA)
- Zestawy głośnikowe: Klipsch RF7 III z zewnętrzną zwrotnicą (upgrade); system 2 — B&W 704 S3, Revel Concerta2 F35 (upgrade), Dynaudio Special 25
- Kable głośnikowe: KBL Sound Red Eye Ultimate, Equilibrium Pure S2 Ultra (system 2)
- Akcesoria: stoliki Rogoz Audio 4SPB/BBS (wzmacniacz mocy), StandART STO (DAC), platformy antywibracyjne PAB (SOtM i transport CD), izolatory IsoAcoustics Indigo
- Zasilanie: dedykowana linia zasilająca, kondycjoner zasilania Keces BP-1200, listwa PowerBASE, kable zasilające KBL Sound Himalaya PRO, Master Mirror Reference, Spectrum
- Ethernet: switch Netgear GS-105 v2 z zasilaniem liniowym Sbooster, kable CAT 8.1
Artykuł opublikowany w Audio-Video 12/2022 (zawiera poprawki) - Kup pełne wydanie PDF










