Sony CDP-557 ESD

Lis 30, 2020

Powstał w 1987 roku, czyli w fazie najbardziej intensywnego rozwoju techniki odtwarzania płyt kompaktowych. Mimo upływu ponad 30 lat od premiery, wciąż można go kupić w dobrym stanie – i to za całkiem rozsądną kwotę. Pytanie, czy warto.

Cena: 600-1100 euro
Debiut rynkowy: połowa 1987 r.
Dostępność lasera: słaba, ceny wysokie (import głównie z Japonii)

Tekst i zdjęcia: Filip Kulpa

Artykuł pochodzi z Audio-Video 3/2020 - Kup pełne wydanie PDF

audioklan

 

 


Sony CDP-557 ESD - Klasyk ze złotej ery techniki CD

TEST

Sony CDP-557 ESD 

ES, czyli skrót od słowa Esprit – jego znaczenie zna każdy, bez wyjątku, miłośnik techniki hi-fi. Odtwarzacz, który jest bohaterem pierwszego odcinka w nowym cyklu na naszych łamach, powstał w 1987 roku, a więc w czasie uznawanym za „złotą erę” techniki CD. Philips i Sony – twórcy formatu Compact Disc – wraz z Marantzem należącym do tej pierwszej korporacji, dawali wtedy z siebie dosłownie wszystko, by udowodnić, jak wielki potencjał ma nowa, obiecująca technika. W tym samym roku Marantz wypuścił odtwarzacz CD-95 będący poprawioną technicznie wersją do dziś kultowego CD-94 (zastosowano w nim dwa nieco lepsze układy TDA1541A S1, po jednym na kanał), który z kolei był niemal identyczną konstrukcją, jak sporo tańszy i już nie tak atrakcyjny z wyglądu Philips.

Lata 1987-1988 w ogóle były dość szczególne. Niemal w tym samym czasie obaj promotorzy nowego formatu i zarazem arcyrywale na scenie audiofilskiej zaprezentowali swoje sztandarowe dzieła. Sony pokazało transport CDP-R1 z przetwornikiem c/a DAS-R1, natomiast Marantz – dzielony odtwarzacz CD-12/DA-12. Były to odpowiedzi tych producentów na oferowany już od około dwóch lat referencyjny odtwarzacz Accuphase DP-80 / DC-81 (rok później zmodernizowany do wersji L). W tej nierównej, japońsko-europejskiej rywalizacji brał jeszcze udział TEAC z właśnie co powołaną do życia marką Esoteric, który w 1987 roku wprowadził na rynek swój pierwszy transport z mechaniką VRDS – P-1 oraz dedykowany mu przetwornik D-1. Nie można także zapomnieć o Pioneerze i jego imponującym modelu PD-91 (debiut w 1987 r.) oraz Denonie DCD-3500G(RG) – również wprowadzonym na rynek w tym samym czasie. To był naprawdę szalony okres w rozwoju źródeł CD...

Elementem łączącym obie konstrukcje Sony i Accuphase’a był napęd BU-1 z czytnikiem KSS-190A, które to rozwiązanie zastosowano także w paru innych modelach z serii ES na przestrzeni kilku lat. W zgodnej opinii specjalistów od vintage’owych odtwarzaczy CD, mechanizm CDM-1 (Marantz/Philips) oraz właśnie Sony BU-1 uchodzą za szczytowe osiągnięcia w dziedzinie odczytu płyt Compact Disc. W tamtych latach nie oszczędzano (jeszcze) na materiałach i rozwiązaniach. Metalowe konstrukcje wszystkich elementów ruchomych, szklane soczewki Rodenstock (Marantz), czytniki poruszające się na magnetycznych sankach – na to wszystko w drugiej połowie lat 80. w zasadzie nie było ograniczeń.

Sytuacja rynkowa

Wybór vintage’owych cedeków z drugiej połowy lat 80. jest dziś całkiem pokaźny. Wspomniane referencje Sony i Marantza oznaczają dziś wydatek 8-10 tysięcy złotych, ich podaż jest mała (przynajmniej w Europie), a zakup przez Internet z Japonii czy Stanów Zjednoczonych wiąże się z niemałym ryzykiem, jak również koniecznością opłacenia cła i podatku VAT, co drastycznie zmniejsza opłacalność zakupu. Pioneer PD-91 czy Denon DCD-3500G to mniejszy wydatek, ale wciąż mówimy o kwotach rzędu 4500-6000 zł. Te urządzenia są do kupienia nawet w Polsce. Odtwarzacze Marantza, takie jak wspomniany CD-94, CD-94 mkII czy CD-95, jak również Philips CD-960 też trudno uznać za tanie, choć są już zdecydowanie bardziej przystępne (3000-4000 zł), szeroko dostępne w Europie i mają świetne opinie jako napędy CD. Niemniej, cena Philipsa CD-960 wydaje się przesadzona w kontekście pierwotnej ceny rynkowej. Na korzyść obu tych modeli przemawia fakt, że użyty w nich napęd CDM-1 jest uznawany za najlepszy ze wszystkich, jakie opracował ten koncern i jeden z najlepszych oraz najbardziej niezawodnych w ogóle.

Sony CDP-557 ESD wnetrze

Wnętrze CDP-557 ESD stanowi piękny przykład japońskiej inżynierii audio high-end z drugiej połowy lat 80. Miedziane chassis w tamtym okresie były specjalnością japońskich producentów. Rozdzielone zasilanie dla sekcji analogowej i cyfrowej.

 

Jak na tym tle wypada bohater niniejszego opracowania? Bardzo korzystnie. Przez krótki okres był flagowcem w gamie Sony (kilka miesięcy później zdetronizował go wspomniany CDP-R1/DAS-R1), a najniższe oferty na ebay'u zaczynają się od pułapu 550-600 euro, jednak dobrze utrzymane egzemplarze osiągają 800, a nawet ponad 1000 euro. Średnio rzecz biorąc, ceny tego odtwarzacza są jednak niższe niż w przypadku Marantza, jak również Philipsa. W teście przeprowadzonym przez miesięcznik Stereoplay w 1988 roku, CDP-557 ESD wypadł zdecydowanie lepiej od CD-960, nie ustępując prawie trzykrotnie drożemu odtwarzaczowi Accuphase DP-70V (9000 marek).

Wątpliwości na początek

Każdy z tych odtwarzaczy wydaje się kuszącą propozycją dla kolekcjonera (ceny będą rosnąć), ale też dla audiofila, który w młodzieńczym wieku marzył o takim sprzęcie. 30 lat temu dla znakomitej większości z nas były to urządzenia pozostające w sferze marzeń, dziś można je mieć za drobny ułamek cen współczesnych odtwarzaczy high-end, które niestety nie mogą się równać z dawnymi referencjami pod względem jakości wykonania. Jest tylko jeden szkopuł: zużycie i ryzyko awarii, której koszt usunięcia może dorównać wartości sprzętu. Głównym problemem są oczywiście lasery. W przypadku KSS-190A sytuacja nie wygląda bardzo źle, ponieważ zdarzają się (ponoć) nawet egzemplarze nieużywane (NOS), choć ceny na poziomie 400-500 euro pozornie zniechęcają. Z drugiej jednak strony, gdy ten koszt porównamy z cenami urządzeń high-end czy audiofilskimi kablami, staje się on łatwostrawny. Dobra informacja jest taka, że żywotność laserów KSS-190A jest imponująca – 30 lat nie stanowi dla nich wielkiego wyzwania, jeśli tylko odtwarzacz nie był intensywnie eksploatowany przez cały swój żywot. Stan obudowy może być pośrednią wskazówką co do tego, jak troskliwy był właściciel czy właściciele. Jeśli ponadto praca napędu odbywa się bez najmniejszych zawahań i generowania podejrzanych dźwięków, to istnieje spora szansa na to, że jeszcze przez dłuższy czas laser nam posłuży. Nawet jeśli okaże się, że napęd jest całkowicie sprawny i nic nie wskazuje na zużycie lasera, to mimo wszystko warto założyć pewien budżet na rutynowy serwis (przeczyszczenie, wymiana kondensatorów, kółek zębatych itd).

Sony CDP-557 ESD front

Czyż on nie jest piękny? Drewniane boczki dodają szyku i elegancji. A obsługa jest bajeczna. Zadziwia czytelność wyświetlacza.

 

Poszukiwania i zakup

Początkowo model ten wydawał mi się „zbyt oldskulowy” i zbyt stary. Ponieważ jednak nie natrafiłem na jedną, choćby umiarkowanie entuzjastyczną opinię o nim, jak również o jego amerykańskim odpowiedniku CDP-707ESD (na jego temat można znaleźć więcej informacji w sieci), a sama mechanika i jakość wykonania rozwiewały wszelkie wątpliwości, to postanowiłem się skupić właśnie na tym modelu. Wpadło mi w oko nieco podejrzanie wyglądające ogłoszenie na niemieckim ebay'u. Osoba bez żadnej historii transakcyjnej wystawiła egzemplarz poszukiwanego przeze mnie cacka za wyjątkowo niską kwotę – 300 euro (w trybie licytacji, która miała potrwać zaledwie 5 dni). Co ciekawe, sprzedającym okazała się mieszkanka Berlina, co oznaczało, że mogłem realnie myśleć o odbiorze osobistym. Niską cenę cześciowo tłumaczył brak pilota, ale ponieważ można go dokupić za w miarę rozsądną cenę (60-70 euro z przesyłką), to uznałem, że gra jest warta świeczki. Tym bardziej, że koszt i czas podróży do Berlina są całkowicie akceptowalne. Warto zauważyć, że znakomita większość ofert na ten i inne ciekawe odtwarzacze w Niemczech pojawia się dopiero na terenie zachodnich i środkowych landów. A to czyni wycieczkę po sprzęt dużo bardziej czasochłonną i kosztowną, co podważa sens całej operacji (choć to oczywiście kwestia indywidualnej oceny). Jakież było moje zaskoczenie, gdy do piątkowego popołudnia nikt nie złożył oferty. Wykorzystałem okazję, uprzedzając właścicielkę, że po odtwarzacz zgłosi się mój serdeczny kolega na stałe mieszkający w Berlinie. Wcześniej poprosiłem o porcję dodatkowych zdjęć, które otrzymałem (te w opisie aukcji były bardzo marnej jakości). Dowiedziałem się ponadto, że odtwarzacz stał zamknięty w szafce przez kilka ostatnich lat, ponieważ właścicielka otrzymała go od rodziców, a obecnie gra z komputera. Wydało mi się to możliwe i całkiem realne. Po telefonicznym zapytaniu w sprawie zaginionego pilota (dziwne wydało mi się, że go nie ma, skoro sprzęt pochodził od rodziców), sprzedająca zadała sobie trud i raz jeszcze go poszukała. Oddzwoniła po godzinie, informując mnie, że pilot się odnalazł – i to w komplecie z instrukcją obsługi. Uznałem to za wymarzony scenariusz dla poszukiwacza okazji, ale niepewność pozostała. Dwa dni później kolega pojechał po odbiór odtwarzacza, potwierdził, że jest sprawny i w dobrym stanie, a ja czym prędzej zakupiłem promocyjny bilet kolejowy PKP.

Sony CDP-557 ESD tor audio

Rzadko (wówczas i w ogóle) spotykane przetworniki Burr-Brown PCM64P zamaskowano i wytłumiono kawałkami ceramicznego materiału tłumiącego. Pokrętła obok służą do kalibracji czterech najbardziej znaczących bitów. Ten DAC miał nietypową budowę z wejściami równoległymi.

 

Jeszcze tego samego dnia okazało się, że mój pierwszy od 2011 roku odtwarzacz CD działa w zasadzie jak nowy. Błyskawicznie poruszająca się szuflada (może nie najcichsza, ale wyjątkowo sprawna), niemal natychmiastowe wczytywanie tablicy zawartości (ToC), równie szybkie wyszukiwanie dalszych ścieżek, perfekcyjnie działająca funkcja przewijania, ta fantastyczna jakość wykonania (nawet przyciski i podkładki pod śruby mocujące górną pokrywę zrobiono z aluminium!), wreszcie szykowne drewniane boczki, no i ten oldskulowy wygląd – o wiele fajniejszy niż na zdjęciach w Internecie. Wszystko to wywołało mój nieskrywany entuzjazm. Pozostało jednak sprawdzić jeszcze dwie rzeczy.

Stan techniczny

Wnętrze odtwarzacza wyglądało, jak gdyby nigdy nie było otwierane. Sądząc po tym, jak bardzo namęczyłem się ze zdjęciem górnej pokrywy (po bokach zaaplikowano samoprzylepne maty tłumiące, które trzymały jak wściekłe) oraz po stanie zakurzenia śrub i podkładek (wskazującym na poważny wiek urządzenia), wywnioskowałem, że przynajmniej w ostatnich latach wnętrze nie widziało światła. Okazało się tak szczelne, że poziom zabrudzenia elementów był porównywalny z odtwarzaczem ledwie kilkuletnim, co wedle wszelkiego prawdopodobieństwa może świadczyć o tym, że ES był przechowywany w sprzyjających warunkach i niezbyt intensywnie eksploatowany. Jedynie na górnej pokrywie widać dwa odpryski lakieru i drobne mikrorysy. Ale jak na sprzęt w wieku 32 lat, urządzenie prezentuje się wybornie. Dokładne oględziny elementów, w szczególności kondensatorów filtrujących (a są nimi znakomite Elny Duorex) nie wykazały śladów wycieków czy jakichkowiek uszkodzeń. Sprawdzenie pasma przenoszenia i spektrum zniekształceń, jak również odsłuch nie dały mi żadnych podstaw do stwierdzenia, że mój pierwszy „Esprit” wymaga pilnego serwisu. Serwis potwierdził bardzo dobry stan lasera – brak zużycia. Nie zachodziła nawet konieczność kalibracji!

Sony CDP-557 ESD wnetrze naped zasilacz

Zasilanie potraktowano z wielką atencją. Zadbano nawet o filtr przeciwzakłóceniowy na wejściu.

 

Budowa

Bez wątpienia jest to high-end, za który dziś przyszłoby zapłacić grube dziesiątki tysięcy złotych. Swoją drogą, kwota 3500 marek niemieckich w 1988 roku stanowiła równowartość dwóch przeciętnych niemieckich pensji w tamtym czasie, dla nas z kolei była to suma zupełnie zaporowa. Ale nawet po uwzględnieniu ogromnej poprawki na obecną wartość pieniądza, współczesny odpowiednik CDP-557 ESD byłby zapewne dużo droższy niż dwie średnie pensje unijne.

Wnętrze podzielono na dwie komory odizolowane od siebie pionową grodzią (z małym otworem na kable łączące transport z resztą). Całe wnętrze wyłożono blachami miedzianymi (sądziłem, że są one miedziowane, ale to podobno czysta miedź). Z lewej strony zabudowano znakomity, w całości metalowy napęd BU-1 z czytnikiem KSS-190A i magnetycznymi sankami, mocując całość do metalowej (także miedziowanej) płyty-wanny, za pośrednictwem specjalnego tworzywa antywibracyjnego o nazwie Gibraltar (węglik wapnia, włókno szklane, żywica). Jakość wykonania mechaniki jest doprawdy wspaniała. Nic dziwnego, że ten transport trafiał do modeli Accuphase czy Esotericów. W CDP-557 ESD zastosowano dwa spore transformatory, oddzielne dla sekcji cyfrowej oraz płytki analogowej z przetwornikami c/a. Towarzyszą im bardzo rozbudowane sekcje zasilania z 14 stabilizatorami napięciowymi (w różnych częściach układu, także obok przetworników c/a i zegara pokrytego wytłumieniem) oraz ponad 20 kondensatorami filtrującymi – wszystko są to wysokogatunkowe Elny Duorex i Nichicony Muse, z których sześć największych ma sumaryczną pojemność 51 200 μF – więcej niż w niejednym wzmacniaczu dobrej klasy.

Sony CDP-557 ESD tor wyjsciowy

Dalszy ciąg zasilania, kondensatory sprzęgające na wyjściu, płytka wejść cyfrowych i piękne przekaźniki Omrona. Ależ tu kolorowo!

 

Tory sygnałowe obydwu kanałów przedzielono masywnymi miedzianymi szynami prowadzącymi masę. Zastosowano dwa (po jednym na kanał) 18-bitowe przetworniki c/a Burr-Brown PCM64P (typu wielobitowego) opracowane z myślą o sprzęcie pomiarowym i konsumenckim high-endzie. Była to rzadko stosowana, dość szczególna, 42-pinowa kość z równoległymi wejściami dla poszczególnych bitów i opcją (ręcznego!) trymowania rezystorów czterech najbardziej znaczących z nich (MSB). Temu celowi służą grupki czterech potencjometrów umieszczonych w pobliżu odpowiednich pinów (36-39). Równoległa architektura wejść układu PCM64P zapewniała mu nietypowo dużą szybkość osiągania ustalonego prądu wyjściowego (200 ns), wadą była natomiast konieczność stosowania układu de-glitch do tłumienia efektu „pstrykania" przy przełączaniu zegara. Z tego co udało mi się ustalić, PCM64P znalazł zastosowanie w dość niewielu urządzeniach z naprawdę wysokiej półki – były wśród nich m.in. wspomniany przetwornik Esoteric D-1 (1987) oraz referencyjny procesor c/a Krella – Reference 64 (1993). Chyba trudno o lepszą rekomendację. Z przetwornikami PCM64P współpracują dwa układy Sony CXD1305 (w roli konwerterów danych szeregowych na strumienie równoległe) oraz 18-bitowy filtr cyfrowy CXD1144A realizujący 8-krotne nadpróbkowanie (wtedy był to pierwszy taki odtwarzacz na rynku!). Tor analogowy zbudowano z dość zwyczajnych wzmacniaczy operacyjnych N5532D i NE5534. Uwagę zwraca nieprzypadkowy i dość bezkompromisowy dobór elementów biernych – selekcjonowanych oporników metalizowanych różnego typu, hermetycznych przekaźników Omron ze złoconymi kontaktami oraz pokaźne kondensatory sprzęgające w czarnych kapsułkach. O staranności producenta świadczy wiele innych zabiegów, jak filtr przeciwzakłóceniowy na wejściu zasilania, gumowa uszczelka szuflady napędu (Acoustically Sealed Tray), stopki z proszku ceramicznego (Fine Ceramics) czy mechaniczny przełącznik „Output Selector”, którym wybieramy, czy aktywne mają być wyjścia analogowe, czy cyfrowe (optyczne i koncentryczne).

Grymas niezadowolenia, patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, może budzić widok nieodłączalnego, cienkiego dwużyłowego kabla zasilającego. W drugiej połowie lat 80. był to standard – nawet w bardzo drogich odtwarzaczach. Pragnę zwrócić uwagę na fakt, że ów niepozorny kabelek wyprodukowano w Japonii (Harakawa), wykorzystując do tego celu miedź OFC. Nie zmienia to faktu, że kabel jest nieekranowany i wyglada „mało audiofilsko”. Wycięcie w tylnej ściance, wokół wejścia kabla, aż prosi się o zamontowania porządnego gniazda IEC. Dodam jeszcze, że Japończycy docenili znaczenie właściwej polaryzacji płaskiej wtyczki, oznaczając bolec gorący i neutralny. Warto na to zwrócić uwagę!

Sony CDP-557 ESD wyjscia

Odłączane sekcje wyjść analogowych i cyfrowych – świetna sprawa. Narzekania na słaby kabel zasilające słychać z daleka, są one jednak trochę przesadzone.

 

Co się tyczy wyjść analogowych, to są dostępne dwie pary RCA (XLR-y pojawiły się dopiero w późniejszych modelach oraz we flagowym DAC-u DAS-R1) – jedna stałopoziomowa, druga tzw. regulowana. Nie są one równoważne jakościowo. Wyjście „Variable” stanowiło i nadal może stanowić pokusę dla użytkowników końcówek mocy, należy jednak wziąć pod uwagę, że nie jest to rozwiązanie optymalne ani uniwersalne. Jego obecność była tak naprawdę konsekwencją użycia potencjometru potrzebnego dla wyjścia słuchawkowego. Z technicznego punktu widzenia, jest to więc zabudowana wewnątrz pasywka, która z natury rzeczy pogarsza dopasowanie impedancyjne pomiędzy źródłem i wzmacniaczem, a to – w połączeniu ze znacznie wydłużoną ścieżką sygnałową, mocno ogranicza możliwą do uzyskania jakość dźwięku, jak również skłania do stosowania krótkich kabli o małej pojemności elektrycznej. Nawiasem mówiąc, w latach 80 i 90. podobne rozwiązanie było dość często praktykowane. Audiofile chętnie po nie sięgali, ale jeszcze chętniej stosowali później porządny, autonomiczny preamp.

CDP-557ESD jako transport

W pierwszej kolejności wypróbowałem nowy nabytek w roli transportu, albowiem z taką myślą go kupiłem. Plan B zakładał, że jeśli w tej roli Sony nie sprawdzi się tak dobrze, jak zakładałem, to trafi do systemu domowego, w przypadku którego stopniowo odchodzę od streamingu i plików ze względu na większą łatwość obsługi płyt i narastający we mnie od pewnego czasu sentyment do nośników fizycznych. Zdaję sobie sprawę, że zaprzeczam swym słowom sprzed 7-8 lat, ale cóż – człowiek czasem zmienia swoje zdanie...

Przyznam, że podłączając ten wiekowy cedek do ultranowoczesnego DAC-a nie oczekiwałem żadnych „cudów”, miałem jednak cichą nadzieję, że jako transport nawiąże on w przybliżeniu równorzędną walkę z moim plikowym źródłem odniesienia – SOtM-em sMS-200 Ultra Neo wyposażonym w zasilacz liniowy Sbooster. Liczyłem również na to, że zagra wyraźnie lepiej niż młodszy, lecz nieporównywalnie prostszy konstrukcyjnie Denon, który sprawił mi miłą niespodziankę jako transport. Moje oczekiwania uformowały również dwa inne współcześnie produkowane transporty CD, które jednak mnie nie zachwyciły. Byłem dobrze przygotowany do oceny Sony w roli napędu.

Sony CDP-557 ESD sekcja cyfrowa

Pierwszy w tamtym czasie 8-krotny filtr nadpróbkujący (CXD1144A), procesor sygnałowy (po lewej), mikrokontroler mechaniki i procesor serwa.

 

Inaczej niż zwykle, odsłuchy rozpocząłem od występu live Dave’a Matthewsa i Tima Reynoldsa „Live At Luther College”, będącego nie tylko świetną muzyką, ale i znakomitą realizacją, w której oklaski i odgłosy publiczności udało się oddać nieprzeciętnie realistycznie – a one przecież w dużej mierze determinują atmosferę każdego koncertu na żywo. Pierwsze takty „One Sweet World” spowodowały zatopienie się w fotelu odsłuchowym, a kolejne minuty i utwory tylko wzmagały moje przekonanie, że tak dobrze ten występ w moim pokoju odsłuchowym jeszcze nie brzmiał. Kolejny album (nie pamiętam już, co to było) również zagrał fenomenalnie, ale ponieważ wiadomym jest, że nasz słuch potrafi płatać figle, więc uznałem, że następnego dnia, gdy już będę mniej podekscytowany, posłucham raz jeszcze i dokonam porównań z dotychczasową referencją. Tak też uczyniłem, co jednak – ku mojemu zadziwieniu – doprowadziło mnie do niemal szokującego wniosku, że 32-letni napęd Sony grał faktycznie LEPIEJ niż ta sama muzyka, zripowana z moich własnych płyt, przechowywana na dysku i strumieniowana za pośrednictwem Roona do jakże znakomitego przecież streamera połączonego z tym samym przetwornikiem poprzez interfejs USB. Nie ukrywam, że to odkrycie poważnie zaburzyło mój dotychczasowy system wartościowania. Zdumienie i niedowierzenie podsycał fakt, że kilka tygodni wcześniej gościłem w swoim systemie bardzo drogi napęd CD za prawie 70 tys. zł, który w najlepszym razie zagrał z Bartokiem porównywalnie jak SOtM (acz uważam, że jednak gorzej). Jak to więc możliwe, że stary „soniak” ES zagrał lepiej? Dlaczego zdeklasował wszystkie inne transporty, jakimi dysponowałem? Nie mam pojęcia, ale z faktami nie będę dyskutował. Ponad wszelką wątpliwość, CDP-557ESD miał przewagę nad źródłem plikowym, jak również nad innymi sprawdzonymi transportami w zakresie wypełnienia, konsystencji i soczystości dźwięku. Początkowo sądziłem, że jest to pewna (przyjemna) maniera, w ślad za którą idzie pewna doza zawoalowania, ocieplenia i pogorszenia przejrzystości dźwięku (klasyczny, rzecz można, przypadek). Co do ocieplenia – zgoda, ale dwa pozostałe podejrzenia nie potwierdziły się. Detaliczność, jak również dynamika w żadnej mierze nie ucierpiały, a bas stał się nawet bardziej „lepki”, bardziej zróżnicowany, płynniejszy, a w żadnym razie pogrubiony czy spowolniony. Efekt tego jest dziś dwojaki. Po pierwsze, materiału PCM 16/44,1 pochodzącego z moich płyt nie słucham już w postaci plików, a po drugie… znów zacząłem kupować płyty CD. Nawet te, które dotąd posiadałem tylko w plikach. Oczywiście, dla potrzeb testowych nadal je zgrywam do plików AIFF i FLAC (bez kompresji), ale dla przyjemności, jak i krytycznych zastosowań, używam jednak srebrnych krążków. Sam do tej pory w to nie wierzę…

ERRATA

W ciągu kolejnych kilku miesięcy, jakie minęły od publikacji niniejszego artykułu w druku (Audio-Video 3/2020), wykonałem co najmniej kilka innych porównań z bardzo wyrafinowanymi transportami plikowymi. Były wśród nich m.in. Grimm Audio MU1, Melco N1Z/2EX-H60. Żadne z tych urządzeń nie zagrało lepiej podłączone do Bartoka niż Sony. Dodam jeszcze, że CDP-557ESD, podłączony do wejścia cyfrowego znakomitego odtwarzacza CD Audio Research Reference 9 CD SE poprawił jakość brzmienia względem wbudowanego napędu, co jest już kompletnie nielogiczne.

Warto tu jeszcze nadmienić, że jakość wyjścia cyfrowego można poprawić, montując gniazda BNC oraz pomijając jeden z układów scalonych. Tę drugą modyfikację już zresztą wykonałem (poprawa precyzji i definicji); montaż gniazda BNC jest w planach…

Jako odtwarzacz

Czy stopnie analogowe w 32-letnim cedeku nadal mogą zapewnić dźwięk na poziomie high-end? Nie oczekiwałem odpowiedzi twierdzącej na to pytanie. Porzucając wszelkie uprzedzenia, najpierw podłączyłem ten odtwarzacz do swojego domowego zestawu na bazie integry Primare I35 DAC i kolumn Revel Performa F35. Widok muzycznego kalendarzyka, funkcje programowania, niesamowita onegdaj opcja „Custom File” (nie pamiętam, o co w niej chodziło, ale była to spora innowacja), szeroki, oldskulowy pilot, no i ten imponujący wygląd „mebla”, czegoś naprawdę ponadczasowego sprawiły, że zwyczajnie nie chciałem, aby mój ES mnie zawiódł.

I nie zrobił tego! Zaprezentował dźwięk, który pod względem konsystencji, faktury i dociążenia dosłownie „wypunktował” znajdujący się akurat w moim systemie przetwornik c/a Mytek Liberty DAC podłączony do SOtM-a sMS-200 Ultra. Mytek grał chudziej, pozornie bardziej precyzyjnie i neutralnie, ale na tym jego atuty się kończyły. Sony wpuszczało do pokoju więcej żywej tkanki, odrobinę nieczystości, ale i pożądaną naturalność dźwięku. Jego skala i dynamika były – jak dla mnie – ewidentnie lepsze. Odnosiłem wrażenie drobnej surowości przekazu, ale nie na zasadzie wady, lecz cechy, która wzmaga autentyczność przekazu. Niski poziom „ucyfrowienia" dźwięku był dla mnie prawdziwym zaskoczeniem. Oczekiwałem zapiaszczeń, granulacji, pewnej dozy agresji, tymczasem Sony produkowało dźwięk o zupełnie naturalnych, żywych barwach, świetnym drajwie, mocnym rytmie, ale bez wyostrzenia, o którym gdzieś czytałem, a które ktoś najwyraźniej źle zinterpretował. Brzmienie tego odtwarzacza jest bowiem „intensywne”, żwawe i angażujące, w żadnym razie nudne czy suche. Porównując je do zapamiętanych jeszcze wrażeń z odsłuchów modeli ES o kilkanaście lat młodszych, jak CDP-XA50 ES czy SCD-555ES (recenzje były publikowane w SAT-Audio-Video) muszę przyznać, że to zupełnie inne granie. Prawdą musi być to, że te znacznie późniejsze modele (od początku lat 90. Sony stosowało już tylko 1-bitowe przetworniki) grały gładziej, ale mniej angażująco i szaro. Tak właśnie zapamiętałem kilka z nich.

Sony CDP-557 ESD naped trafa

Transport BU-1 z czytnikiem KSS-190A uchodzi za najlepsze opracowanie Sony w zakresie napędów optycznych CD. Wszystkie jego części są metalowe, łącznie z łapą docisku, a czytnik porusza się ruchem prostoliniowym na sankach magnetycznych. Każdy z elementów zrobiono tak, by przetrwał 20, 30 i więcej lat...

 

Nie mogę powiedzieć, że byłem tym, jakże pozytywnym obrotem sprawy, jakoś specjalnie zaskoczony, bowiem nie tak dawne spotkanie z dużo tańszym i niżej cenionym Pioneerem PD-77 uświadomiło mi, że wysokiej klasy cedek z pierwszej połowy lat 90. coś w dziedzinie barw jednak potrafi. Tam problemem był jednak bas – niezbyt precyzyjny, trochę powłóczysty. W przypadku Sony, w ogóle nie dało się odczuć. Wypełnienie, dobra i potęga i nienaganna kontrola – w tych dziedzinach też nie miałem zastrzeżeń.

Odsłuchy w systemie odniesienia, z przywołanym do służby przedwzmacniaczem Conrada-Johnsona, jak również w połączeniu ze znakomitą integrą Lavardina pokazały, że w tym japońskim staruszku tkwi niemały potencjał. Młodszy o niebagatelne 15 lat odtwarzacz Arcama (CD73T) – skądinąd bardzo udany (o nim będzie następny odcinek) – musiał uznać zdecydowaną wyższość „dziadka” z Japonii. Na korzyść Sony przemawiały konsystencja dźwięku, drive, namacalność wokali, naturalność wyższego zakresu (świetne skrzypce!), fajna góra – to wszystko na dobrą sprawę deklasowało Arcama. Jedynie w kwestii przestrzenności był on w stanie nawiązać w miarę równorzędną rywalizację z ES-em. Obiektywnie trzeba przyznać, że scena dźwiękowa w wykonaniu Sony nie jest szczególnie głęboka ani szeroka. Powiedziałbym wręcz, że jest wyraźnie skrócona, za to pierwszy plan ze swoją niebanalną teksturą, dobrą namacalnością jest tym, co przyciąga uwagę i co każe zapomnieć o pewnych deficytach w zakresie powietrza czy najdrobniejszych „kruczków” przestrzennych. CDP-557ESD z dzisiejszego punktu widzenia nie jest narzędziem do zgłębienia zakamarków sceny dźwiękowej, lecz do czerpania niemałej frajdy z odsłuchu – i to różnych gatunków muzycznych. Pod względem precyzji, neutralności, stereofonii, gładkości, definicji basu czy dynamiki nie może się on równać z tak wyrafinowanym źródłem, jak dCS Bartok – tym bardziej, że bezpośrednie podłączenie do końcówki mocy nie jest najlepszą opcją (a Bartok wykorzystuje ją w sposób fantastyczny, powiększając przewagę). Niemniej, gdybym miał na podstawie przeprowadzonych odsłuchów powiedzieć, na jakim pułapie cenowym dla współczesnych źródeł cyfrowych (odtwarzaczy CD) plasuje się CDP-557ESD, odpowiedziałbym, że z pewnością powyżej 10 tys. złotych. Jak daleko ląduje od tej granicy? Nie potrafię tego w tej chwili dokładnie określić, bowiem niewielki miewałem ostatnimi laty kontakt z odtwarzaczami CD. Z pewnością będzie jeszcze okazja, by to doprecyzować.

Sony CDP 557ESD pilot

Pilota nie było w zestawie, wymaga dodatkowe zakupu - koszt 60-70 euro.

 

Przy okazji jednego z testów postanowiłem także sprawdzić wyjście słuchawkowe, które w najmniejszym stopniu podejrzewałem o to, że mnie czymś mile zaskoczy. A jednak! Moje 150-omowe Neumanny NDH20 zagrały nader przyjemnie (podobnie rzecz miała się z Sennheiserami HD 560 S), ukazując z grubsza te same cechy, które wyszły na jaw przy odsłuchu z wyjść analogowych. Biurkowy słuchawkowiec Olasonic Nano-D1 zagrał na tym tle jak typowy sprzęt budżetowy – płasko i chudo. Sądzę, że żaden niedrogi headamp, powiedzmy w cenie do 1500, a może i do 2000 zł, nie dałby sobie rady.

Galeria

Podsumowanie

CDP-557ESD to absolutnie wspaniałe urządzenie - klasyczny odtwarzacz CD z okresu najintensywniejszego rozwoju techniki CD. W wielu aspektach bezkompromisowy, megasolidnie wykonany i szokująco wręcz trwały. Po 30 latach potrafi działać jak nowy.

W swoim czasie uchodził za nieprzeciętny odtwarzacz, który nawiązywał rywalizację z najlepszymi, będąc znacznie od nich tańszy. Nawet dziś można spotkać się z opiniami, że był to produkt wizerunkowy, na którym Sony nie musiało zarabiać. Rzeczywiście, poziom dopracowania tego sprzętu imponuje nawet dziś. A może właśnie szczególnie teraz – w czasach galopujących cen i postępujących oszczędności materiałowo-konstrukcyjnych.

Sony CDP 557ESD daneRynkowa cena tego odtwarzacza, na tle konkurencyjnych modeli Pioneera, Denona i Maranza z tego samego okresu jest bardzo atrakcyjna. Niektóre oferty wydają się wręcz nieprzyzwoicie przystępne, co oczywiście powinno skłaniać do czujności. Tak czy inaczej, szczerze polecam ten model – mimo potencjalnych problemów z laserem i wynikającymi stąd ewentualnymi kosztami serwisu. Bo, jakby na to nie patrzeć, jest to piękny kawałek historii odtwarzaczy CD.

 

Artykuł pochodzi z Audio-Video 3/2020 - KUP WYDANIE PDF

 

System odsłuchowy:

  • Pomieszczenie: 30 m2 zaadaptowane akustycznie (dość silnie wytłumione), panele Vicoustic, Mega Acoustic oraz własnego projektu
  • Transporty cyfrowe (odniesienia): SOtM sMS-200 Ultra Neo (USB Audio) z zasilaczem Sbooster P&P Eco MkII, Denon DCD-1015, Arcam CD-73T, Pro-Ject CD Box RS2T, Primare DD-35
  • Przetwornik c/a: dCS Bartok
  • Wzmacniacze: Audionet AMP1 V2, Lavardin ISx Reference
  • Interkonekty: Albedo Metamorphosis, Stereovox hdse, Oyaide (S/PDIF), KBL Sound Red Corona (S/PDIF)
  • Kable głośnikowe: KBL Sound Red Eye Ultimate
  • Akcesoria: stoliki Rogoz Audio 4SPB/BBS, StandART STO, stopki IsoAcoustics Gaia Bordeaux/Indigo, platformy Thixar Silence i Silence Plus, PAB
  • Zasilanie: dedykowana linia zasilająca, listwy Furutech f-TP615, PowerBASE, kable zasilające KBL Sound Himalaya PRO, Master Mirror Reference, Solaris, Zodiac

 

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Kontakt z redakcją