Trilogy Audio Systems 925

Paź 04, 2019

925-ka jest jedyną integrą w ofercie Trilogy, a zarazem tym produktem, z którego konstruktor i szef firmy, Nic Poulson, może być naprawdę dumny.

Dystrybutor: Moje Audio, www.mojeaudio.pl
Cena: 57 500 zł (pilot PRC – dodatkowo 1990 zł)
Dostępne wykończenia: srebrny

Tekst i zdjęcia: Filip Kulpa

Artykuł pochodzi z Audio-Video 5/2018

audioklan 421x71 07102019

 

 


Wzmacniacz zintegrowany Trilogy Audio Systems 925

TEST

Wzmacniacz zintegrowany Trilogy Audio Systems 925

 

Od wielu już lat obserwujemy swoisty renesans koncepcji wzmacniacza zintegrowanego, który w ofertach licznej już grupy producentów sprzętu audio najwyższej klasy awansował z pozycji przedsionka high-endu do „high-endu pełną gębą”. Wiele drogich wzmacniaczy zintegrowanych nie tylko ma rację bytu, ale jest na tyle wyrafinowanych, że kwestionuje sens inwestowania – zwykle dużo większych pieniędzy – w konstrukcje dzielone. Wszystko dlatego, że obudowy – szczególnie te we współczesnym high-endzie – są głównym czynnikiem kosztotwórczym. Wspólne zasilanie i bliskość układów operujących na dużych i małych sygnałach jest oczywiście kompromisem, ale ma także ważne zalety, wśród których wymieniłbym krótkość toru sygnałowego, brak konieczności stosowania interkonektów i dodatkowych złącz (straty sygnału) oraz idealne dopasowanie sekcji „pre” i „power”. Inaczej mówiąc, bilans zysków i strat niejednokrotnie przemawia na korzyść integr – i to już nie tylko tych za 10 czy 15 tys. złotych, ale także wzmacniaczy za 450 i więcej tysięcy. Właśnie do tej grupy zalicza się Trilogy 925 – jedyna integra istniejącej od 1991 roku firmy Trilogy Audio Systems, a zarazem dzieło ambitnego konstruktora-indywidualisty, Nica Poulsona. Ma on na swoim koncie nie tylko współpracę w BBC i własne projekty audio, lecz także rzeczy zupełnie innego kalibru i przeznaczenia, w szczególności oświetlenie naprowadzające samoloty na lotniskach. To sprawny elektronik, a jego wiedza i doświadczenie wykraczają poza hi-fi, co w „naszej” dziedzinie można uznać wyłącznie za atut.

Portfolio Trilogy Audio Systems tworzy pięć wąskich grup produktowych, które w gruncie rzeczy należą do jednej szerszej – wzmacniaczy. Są tu przedwzmacniacze, końcówki mocy, testowana integra, wzmacniacze słuchawkowe i dwa przedwzmacniacze phono. W każdej z nich, z wyjątkiem jednej, tej wspomnianej, są oferowane dwa modele. Nasz konstruktor nie tylko się w tej grupie sprzętów doskonale odnajduje, ale także tworzy rzeczy nieprzeciętne. Osobiście miałem możliwość testowania dwóch jego konstrukcji, konkretnie wzmacniaczy słuchawkowych, i obie uznałem za znakomite. Najlepszą chyba rekomendacją z mojej strony jest to, że droższy z nich (933) wybrałem dla siebie. Służy mi do dziś, doskonale wywiązując się z funkcji referencyjnego słuchawkowca dla najlepszych nauszników.

Recenzowany wzmacniacz po raz pierwszy pokazano publicznie jesienią 2014 roku i przez te trzy i pół roku doczekał się co najmniej kilku entuzjastycznych recenzji za granicą, jak również w Polsce. W końcu przyszedł czas, by sprawdzić go w naszej redakcji – jako piąty w kolejności produkt tej marki.

Budowa

Stylistykę 925 najsłuszniej chyba będzie określić mianem minimalistyczno-technicznej, ale ze szczyptą niewątpliwie potrzebnej w tej klasie elegancji. Duże, bezkrańcowo poruszające się pokrętło głośności, trzy małe przyciski funkcyjne (w tym włącznik) i 3,5-mm gniazdo wejściowe oraz bardzo czytelny, czerwony wyświetlacz matrycowy – to wszystko, nie licząc kilku przetłoczeń, co widzimy na solidnej czołówce.

Wzmacniacz zintegrowany Trilogy Audio Systems 925 - Wnętrze

Układ ma architekturę podwójnego mono (pomijając zasilanie). Główne pojemności filtrujące to 4 x 22 000 µF, ale jest też spora grupa mniejszych elektrolitów (14 x 3300 µF). Są aż trzy transformatory.

 

Dużą (choć nie w skali wzmacniaczy za 50 tys. zł) i bardzo ciężką (25,3 kg) obudowę wykonano w całości z aluminium – i nie są to po prostu poskręcane ze sobą grubsze blachy, lecz także bardzo masywne (5 kg) odlewy tego metalu, które formują dwa radiatory, po obu stronach wzmacniacza. Bezpośrednio do nich przymocowano płytki stopni końcowych, które mają dość nietypową budowę. Wykorzystano tu połączenie stopnia sterującego na mosfetach (V-MOSFET) Hitachi 2SJ79 zapewniających liniowość wzmocnienia i bardzo dobre oddanie mikrodynamiki oraz stopnia bipolarnego na komplementarnych parach tranzystorów bipolarnych Toshiba 2SC5200/2SA1943 (dwóch par na kanał) mającego gwarantować kontrolę i odpowiednią wydajność, o czym świadczy moc znamionowa 135 W przy 8 Ω (wartość przy 4 Ω nie jest specyfikowana). Zastosowano znaczny prąd spoczynkowy, w związku z czym wzmacniacz pracuje blisko klasy A (w początkowym obszarze oddawanej mocy wyjściowej) i wyraźnie się nagrzewa – także w spoczynku. Wspomniane już masywne aluminiowe bloki z głębokimi frezami o zróżnicowanej głębokości pełnią funkcję radiatorów i odpowiadają za utrzymywanie optymalnej temperatury pracy układu. Istotną informacją jest to, że stopnie końcowe mają budowę mostkową – dość rzadko spotykaną we wzmacniaczach zintegrowanych, nawet klasy high-end. Rozwiązanie to w dużej mierze eliminuje duże prądy płynące po masie sygnałowej, ponadto pozwala lepiej kontrolować podłączone głośniki na zasadzie analogii: że lepiej jest jednocześnie pchać i ciągnąć, niż tylko pchać.

W projekcie swojej integry Nic Poulson postawił na symetrię – nie tylko w rozumieniu fizycznego rozdzielenia torów obu kanałów (architektura quasi dual-mono, tj. ze wspólnym zasilaniem), ale także zbalansowanego toru sygnałowego od samych gniazd wejściowych po terminale głośnikowe (mostkowa końcówka mocy realizuje ten postulat). Nic dziwnego, że 925-ka ma aż trzy pary wejść XLR (którym towarzyszą kolejne trzy pary wejść RCA). Sygnały wejściowe są załączane trwałymi i niedegradującymi brzmienia przekaźnikami o złączach pokrytych warstwą rutenu. Za wzmocnienie napięciowe odpowiadają rosyjskie triody 6H6π zasilane za pośrednictwem dyskretnych stabilizatorów napięciowych. Regulacja głośności jest elektroniczna, o dokładności wynoszącej 1 dB w całym jej zakresie roboczym. Warto podkreślić idealne skalibrowanie układu pod kątem szybkości dokonywanych zmian poziomu. Drobna zmiana głośności wymaga krótkiego przytrzymania przycisku Vol+ lub Vol- na pilocie, ewentualnie lekkiego przekręcenia wygodnej, niskooporowej gałki, która porusza się bezkrańcowo. Mocniejsze podkręcenie lub szybkie ściszenie wzmacniacza wymaga intuicyjnie dłuższego przytrzymania przycisku na pilocie lub zdecydowanego „zakręcenia” gałki.

Trilogy 925 koncowka mocy

Końcówki mocy to połączenie mosfetów i tranzystorów bipolarnych pracujących z dużym prądem spoczynkowym.

 

Źródłem zasilania układu są aż trzy transformatory toroidalne o zróżnicowanych mocach (główny dla wzmacniacza; mniejszy dla układów wejściowych; najmniejszy dla sterowania) umieszczone na grubej płycie z kompozytu metalowo-żywicznego, określanego przez producenta literą „K”. Wykazuje on dobre właściwości tłumiące drgania, co w przypadku transformatorów ma niemałe znaczenie. Z identycznego materiału wykonano cztery stopki urządzenia.

Oględziny układu ukazują dużą precyzję montażu. Wątpliwości może budzić jedynie krótka śruba mocująca mniejszy z transformatorów. Zastosowano selekcjonowane elementy bierne, takie jak kondensatory Mundorfa, wysokiej klasy rezystory czy miedziane terminale głośnikowe.

Rozbudowana funkcjonalność

Integra Trilogy ma zaawansowany system sterowania oparty na rozbudowanym menu, którego poszczególne opcje przewijamy z poziomu okazałego aluminiowego pilota PRC (jest on opcjonalny, jednak polski dystrybutor oferuje go bez dopłaty). Wśród dostępnych opcji znalazły się między innymi: nazywanie poszczególnych wejść, regulacja ich czułości, balansu międzykanałowego, odwracanie fazy, domyślna (po włączeniu) regulacja poziomu, okres, po którym nieużywany wzmacniacz samoczynnie przejdzie w stan spoczynku, a nawet timer, czyli funkcja pozwalająca (dzięki wbudowanemu zegarowi systemowemu) zaprogramować godzinę, o której wzmacniacz samoczynnie się włączy przed naszym przyjściem do domu (w celu rozgrzania). Jest jeszcze inna ciekawostka: zabezpieczenie kodem PIN, który otrzymujemy na kartce wraz z urządzeniem. Każde odłączenie wzmacniacza od zasilania na dłużej niż 15 min powoduje konieczność ponownego wpisania w odpowiedniej sekwencji trzech dwucyfrowych liczb. To na wypadek ewentualnej kradzieży urządzenia. Dla złodzieja, który nie zna PIN-u, urządzenie będzie praktycznie bezwartościowe.

Trilogy 925 gniazda

925 to wzmacniacz stricte analogowy, nie ma więc wejść cyfrowych. Wyposażono go natomiast w zaawansowany system sterowania TAS Link.

 

Warto także wspomnieć o systemowym złączu TAS Link, opartym na popularnym łączu RJ-45. Służy ono do dwukierunkowej komunikacji pomiędzy urządzeniami systemu złożonego z produktów Trilogy (nie wszystkie jednak go mają). Zaprojektowano go w taki sposób, by był zupełnie nieszkodliwy (pod względem generowanych zakłóceń i szumów) dla wrażliwych obwodów audio.

 

Czuły na rozgrzanie (i nie tylko)

Producent, jak również użytkownicy, zwracają uwagę na potrzebę każdorazowego rozgrzewania 925-ki przed odsłuchem, co jest poniekąd logiczne w urządzeniu tej klasy – szczególnie jeśli wziąć pod uwagę spory prąd spoczynkowy. Tym bardziej godna podkreślenia jest wspomniana funkcja timera. Z uwagi na powyższe, odsłuchów dokonywałem wyłącznie „na ciepło”, tj. po kilkudziesięciominutowej lub nawet kilkugodzinnej rozgrzewce. W moim cichym pomieszczeniu odsłuchowym zwróciłem uwagę na drobne „cyknięcia” pojawiające się w prawym kanale przy każdej zmianie poziomu, jak również pojawiające się od czasu do czasu drobne świerszcze w lewym kanale powiązane – jak mi się wydaje – z aktywnością mojego telefonu komórkowego. Nie jest moją intencją sianie niepotrzebnej paniki, jednak wydaje mi się, że na czas skupionego odsłuchu warto odłożyć albo nawet wyłączyć telefon, a router wifi (jeśli jest takowy w pomieszczeniu odsłuchowym) odsunąć jak najdalej od szafki ze sprzętem (co tak czy inaczej warto zrobić).

 

Kontekst oceny

Nie da się ukryć, że 925-ka jest w dość trudnym położeniu już na starcie, bowiem musi stawić czoła nie tylko takim tuzom, jak Accuphase E-650, Pass Labs INT-250 czy Musical Fidelity Nu-Vista 800, ale też stanąć z szranki z konstrukcjami dzielonymi, wśród których możemy niemal dowolnie przebierać. Swoją ocenę zdolności 925-ki oparłem na jeszcze nie tak dawnym kontakcie z trzema wymienionymi integrami, a przede wszystkim na bezpośrednich porównaniach z moją wieloletnią „referencją” (Audionet/Conrad-Johnson), której do tej pory – w analogicznym budżecie – nie udało się pokonać. Pominę już w tym miejscu kilka wzmacniaczy w podobnej lub znacznie wyższej cenie, które przewinęły się na przestrzeni lat przez mój pokój testowy. Podkreślam niezmienność tej konfiguracji, bowiem bardzo często dzieje się tak (i nie jest to zarzut z mojej strony, lecz obiektywne stwierdzenie faktu), że recenzenci apgrejdują sprzęt na przestrzeni lat (nie mówiąc już o zmianie pomieszczeń), co szalenie utrudnia odniesienie dziś testowanego modelu do urządzenia sprzed 5, a tym bardziej 10 lat. Czyni takie „porównanie” mglistym, czyli nieprecyzyjnym.

Bardzo lubię i cenię sobie możliwość porównywania urządzeń drogich do znacznie od siebie tańszych – niejako w kontrze do tego, co można dość często spotkać w prasie fachowej lub na poczytnych portalach. Recenzenci – szczególnie Ci „mocno bujający w obłokach” – dość często stosują zabieg polegający na porównywaniu high-endowego urządzenia do sprzętów jeszcze dużo droższych. To bardzo komfortowa sytuacja, swoisty „wybieg” dla testującego móc stwierdzić, że wzmacniacz za 50 tys. zł brzmi tylko „trochę gorzej” od tego za 100 tys., bo to przecież – na logikę – musi oznaczać bardzo dobrą relację jakości do ceny. Otóż wcale niekoniecznie bardzo dobrą, ponieważ jeśli urządzenie, do którego porównujemy tańszy sprzęt, nie charakteryzuje się znakomitą relacją jakości do ceny (o ile coś takiego w ogóle jest możliwe w gronie urządzeń za grube dziesiątki czy setki tysięcy), to odwołanie takie jest w gruncie rzeczy niewiele warte. Większy sens ma w mojej opinii ocena tego, co i ile zyskujemy przesiadając się z uznanego urządzenia dwa razy tańszego od urządzenia testowanego w torze odsłuchowym o adekwatnej dla niego jakości. Jak również, co oczywiste, porównania ze sprzętem w podobnej cenie. Tyle tytułem może przydługiego, acz mam wrażenie, jednak potrzebnego wstępu.

 

Brzmienie

Z mojego punktu widzenia sprawa jest dość prosta: wzmacniacz za ponad 50 tys. zł musi „produkować” mnóstwo obiektywie fantastycznego dźwięku – i to nie na zasadzie, że czegoś da więcej, a czegoś tam nie dopowie (jak bardzo często nawet wśród bardzo drogich wzmacniaczy; przykłady już wymieniłem), grając mniej lub bardziej ciepło, gęsto, czysto albo mniej/bardziej dynamicznie. Coraz częściej producenci drogich wzmacniaczy przykuwają uwagę pięknie wykonanymi obudowami, wymyślną funkcjonalnością i sterowaniem, oferując przy tym określony zestaw przypraw i dodatków do wciąż smacznego, ale jednak cały czas schabowego – nawet jeśli będzie to „wiener schnitzel”. A to poprawią definicję basu, a to dodadzą góry, ale na tym – mam wrażenie – cały „postęp” bardzo często się kończy. Nie ukrywam, że piszę to z pewną goryczą czy może nawet rozżaleniem. W pełni doceniam potrzebę budowania urządzeń pięknych i solidnych, ale nie czuję się komfortowo w sytuacji, gdy sprzęt za 50 czy 80 tys. zł gra tak, jak – moim zdaniem – powinien grać ten za 20–30 tys. zł. Tego typu przykłady nie należą wcale do rzadkości.

Trilogy 925 PIN

Zabezpieczenie kodem PIN, który otrzymujemy na kartce wraz z urządzeniem.

 

No dobrze, wystarczy tych spostrzeżeń, czas „rozpracować” bohatera naszego testu. Spieszę donieść, że Trilogy 925 to wzmacniacz, który w pełni zaspokoił moje oczekiwania – zarówno te podsycone przez słuchawkowca 933 (którego uwielbiam), jak również opinie kilku znajomych, z których jeden już dość dawno temu kupił model 925 i przez długi czas się nim zachwycał. Teraz nie dziwię się, dlaczego.

Jaka jest recepta na dźwięk Nica Poulsona? W odniesieniu do numeru „925” (i nie tylko!) jest to połączenie – czy może raczej zespolenie –  wielu bardzo pożądanych cech brzmienia high-end, układających się w jedną, szalenie spójną i, moim zdaniem, pożądaną całość. To także próba godzenia sprzeczności takich, jak klarowność, detaliczność, zwiewność z nasyceniem barw, organicznością, potęgą. To ogólny realizm i namacalność, które nie mają jednak priorytetu nad wglądem w strukturę nagrań. Jednym słowem: to wszystko, co składa się na poczucie słuchania dźwięku live, otrzymujemy w tym jednym wzmacniaczu – oczywiście w formule dostosowanej do ograniczeń pomieszczenia, głośników, źródła, metod rejestracji itd. Na tym, tak na dobrą sprawę, mógłbym zakończyć opis brzmienia, kwitując go mocnym stwierdzeniem w rodzaju: ten wzmacniacz deklasuje znakomitą większość istniejących na rynku wzmacniaczy za 50 i więcej tysięcy złotych, będąc złotym środkiem dla kogoś, kto namiętnie słucha muzyki i nie chce się bawić w dziesiątą wymianę interkonektów. To wszystko byłoby szczerą prawdą, ale pozostawiłoby u Czytelnika pewien niedosyt, nieprawdaż?

Analizę zacznę niejako od tyłu, tj. od cechy, która nie jest koronną dyscypliną 925, acz w żadnym razie nie przynosi temu wzmacniaczowi ujmy. Chodzi mianowicie o bas i dynamikę. Niskie tony są mocne i całkiem sprężyste w skali bezwzględnej, nie można jednak posunąć się do stwierdzenia, że kontrola i szybkość omawianego zakresu prezentują poziom światowy. Konturowość i precyzja punktowały w mojej skali trochę niżej niż potęga i wypełnienie – w tym względzie Trilogy nie można nic zarzucić. Ogólnie rzecz biorąc, wzmacniacz przekonuje świetnym dociążeniem i solidną konsystencją dołu pasma, w pełni odpowiada oczekiwaniom stawianym mocnemu tranzystorowi. Oddanie barw w omawianym zakresie jest bardzo dobre i nie pozostawia żadnego niedosytu.

Prawdziwą klasę Trilogy odkrywa jednak w zakresach średnio- i wysokotonowym. Właściwie można je potraktować jako jeden szeroki zakres pasma, w którym wszystkie instrumenty tworzą spójną barwowo i rytmicznie całość. Już w pierwszych chwilach nie całkiem jeszcze skupionego odsłuchu odniosłem wrażenie obcowania z bardzo żywo, energetycznie (ale nie w sensie sztucznego doładowania) i otwarcie brzmiącym urządzeniem. Rychło stało się jasne, że nie jest to żaden „czasoumilacz”, wzmacniacz mający za zadanie podanie łatwostrawnej papki z wygładzoną górą i ocieploną średnicą, tudzież wyraźnie zaokrąglonym basem. To urządzenie starające się przenieść wielką część informacji podawanej ze źródła – w tym przypadku wciąż znakomitego Meitnera MA-1. Trilogy dysponuje fantastyczną mikrodynamiką i detalicznością, które przekładają się na absolutnie nieprzeciętne oddanie „życia” w nagraniach, poczucia namacalności i bezpośredniości. W tych kluczowych, jak dla mnie, aspektach brzmienia, 925 rzucił poważne wyzwanie mojemu dzielonemu wzmacniaczowi referencyjnemu. W obu przypadkach poziom reprodukcji był do tego stopnia wyrównany, że musiałem dokonać wielu bezpośrednich porównań, by dokładnie opisać różnice, choć część z nich była czytelna w zasadzie już od razu. Moją uwagę zwróciła znakomita, wprost wybitna jakość wysokich tonów płynących z Trilogy. Uważam je za niezwykle otwarte, ultradetaliczne, cechuje je dokładnie wycyzelowany poziom konturowości i gdy trzeba – metaliczności. Przy tym wszystkim nie popadają w żadną przesadę – nie kłują, nie irytują, nic z tych rzeczy. Jeśli macie naprawdę dobre kolumny i chcecie usłyszeć prawdziwe brzmienie talerzy perkusyjnych, ten wzmacniacz da Wam taką możliwość. Żywy, ale nieprzesadzony zakres wysokotonowy w połączeniu z równie dobrą otwartością i przezroczystością średnicy oraz wspomnianą mikrodynamiką sprawiają, że odsłuch wciąga na długie godziny. Z jednej strony Trilogy pozwala wyławiać być może nieznany wcześniej dźwiękowy mikroplankton z dobrze znanych nagrań, z drugiej zaś – nie przejawia żadnych skłonności do męczącej na dłuższą metę analizy. Idealne wypośrodkowanie i żadnego zawoalowania. Ten sprzęt błyszczy!

Trilogy 925 terminale

Miedziane, a więc świetnie przewodzące, terminale głośnikowe są dostatecznie wygodne.

 

Dość długo zastanawiałem się, jak opisać średnicę, jakie cechy jej przyporządkować, abstrahując od wspomnianej otwartości, detaliczności. Jak wypadają barwy? Są bardzo żywe i nasycone. Efekt ten buduje przede wszystkim wyższy zakres pasma, jednakże całość – jak już wspomniałem – brzmi bardzo spójnie. Wynika stąd, że średni zakres jest bardziej dokładny niż ciepły. Nie doszukałem się tu żadnych prób upiększania rzeczywistości, ale też absolutnie nie mogę powiedzieć, że czegoś brakuje, że jest za mało emocji. W żadnym razie. Dobrym testem sprawdzającym tę cechę prezentacji jest album „live” kwintetu Stanisława Soyki, zarejestrowany w poznańskim klubie „Pod Pretekstem”. Nie byłem na tym koncercie, ale wiem, jak wiele z atmosfery tego wydarzenia może przenieść naprawdę dobry system. Rola wzmacniacza jest tu bardzo istotna (choć oczywiście nie wyłączna). Trilogy 925 dał mi w zasadzie wszystko to, co oferuje mój wzmacniacz odniesienia – z tą różnicą, że w górze grał bardziej krystalicznie, zaś w średnicy trochę mniej obficie, mniej namacalnie. W jednym i drugim przypadku doskonale czułem energię muzyków, ich obecność w swoim pomieszczeniu, jak również bliskość publiczności oraz tę specyficzną dla tego typu miejsc atmosferę, tworzoną między innymi przez odgłosy talerzy i sztućców. A zatem brzmienie Trilogy wciąga – oj tak, i to bardzo!

Tę intelektualnie, ale też emocjonalnie piękną całość dopełnia bardzo wysublimowany obraz przestrzenny. Scena ma kapitalną szerokość, mnóstwo głębi i tyle samo powietrza. Pod tym względem (i nie tylko) wzmacniacz Trilogy wyznacza poziom odniesienia w swojej klasie, nie mam co do tego żadnych, ale to żadnych wątpliwości.

 

Galeria

 

Naszym zdaniem

Trilogy 925 dane techniczneJedno podsumowanie właściwie zawarłem już wyżej, więc ujmę to jeszcze inaczej: Trilogy 925 jest idealnym przykładem dobrze pojętej inżynierii audio, której wyłącznym celem jest zapewnienie słuchaczowi maksimum dźwiękowej nirwany, ale bez rezygnacji z dobrej funkcjonalności. Wszystko to wprawdzie w bardzo konkretnej, ale jeszcze godziwej kwocie (zważywszy na malutką skalę i jakość produkcji tego urządzenia). Owszem, jak na nasze standardy jest to bardzo drogi wzmacniacz, jednakże nie mam wątpliwości, że wart swojej ceny z punktu widzenia tych audiofilów, których stać na taki wydatek, i którzy już pokonali pewną drogę, testując wiele urządzeń sporo i nieco tańszych, jak również tych istotnie droższych – włączając w to wzmacniacze dzielone, które – być może pomijając dwa lub trzy znane mi przykłady – nie mają większych szans w starciu z tą wyśmienitą, jakże muzykalną, ale też przejrzystą i przestrzenną integrą. Czapki z głów!

System odsłuchowy:

  • Pomieszczenie: 30 m2 zaadaptowane akustycznie, dość silnie wytłumione
  • Źródło: Auralic Aries/Meitner MA-1 (v1)
  • Przedwzmacniacz: Conrad-Johnson ET2
  • Wzmacniacze mocy: Audionet AMP1 V2, D’Agostino Progression Stereo
  • Interkonekty: Stereovox HDSE, Albedo Metamorphosis (RCA), Equilibrium (XLR)
  • Kable głośnikowe: KBL Sound Red Eye Ultimate
  • Akcesoria: stoliki Rogoz Audio 4SPB/BBS, StandART STO, platformy antywibracyjne PAB (pod przedwzmacniaczem i przetwornikiem c/a)
  • Zasilanie: dedykowana linia zasilająca, listwy Furutech f-TP615, GigaWatt PF-2, kable zasilające KBL Sound Himalaya PRO, Spectrum, Zodiac

Zaloguj się, by skomentować

Kontakt z redakcją