PORTAL MIESIĘCZNIKA AUDIO-VIDEO

Rotel A12

Kwi 28, 2017

Index

Brzmienie

A12 kosztuje 4400 zł i jest wyposażony w przetwornik c/a oraz moduł BT – elementy, które niewątpliwie podbijają cenę. Podobny zabieg stosuje dzisiaj większość producentów i można mieć wątpliwości, czy jest to coś, czego oczekują potencjalni klienci, a przynajmniej ich większość. Takie mamy czasy – chcąc nie chcąc, kupując nowy sprzęt czy samochód, płacimy za wyposażenie, które niekoniecznie jest nam potrzebne. W tej sytuacji rodzi się obawa o relację jakości do ceny. Przecież bez tych dodatków Rotel kosztowałby pewnie nie więcej niż 3 tys. zł. Być może należałoby go więc porównywać z „czystymi” wzmacniaczami stereo w tej cenie? Problem w tym, że takowych urządzeń nie ma już zbyt wiele – przynajmniej wśród tych z tak zwanego głównego nurtu. Konkurentami cenowymi Rotela są: Cambridge Audio CXA60 i CXA80, dwa modele Marantza PM7005/PM8005, zupełnie nowy NAD C368, Yamaha A-S801 (recenzja, w AV 9–10/16), Pioneer A-50DA (recenzja w AV 3/16 i na avtest.pl) – wszystkie wyposażone w wejścia cyfrowe (pomijając opcję w Cambridge – bez Bluetooth). Na analogowym placu boju, w przedziale do 5000 zł, pozostały nieliczne konstrukcje specjalistyczne, jak Atoll IN80se/IN100se, Baltlab Epoca 2 czy Heed Obelisk Si. Niewiele tego.

Ta sytuacja stawia A12 w określonym, poniekąd dwuznacznym kontekście: konkurowania przede wszystkim z urządzeniami podobnie wyposażonymi; zaś z punktu widzenia tych, którzy mają przetwornik c/a albo w ogóle go nie potrzebują (tudzież nie dbają o funkcjonalność) – konfrontacji z wymienionymi modelami małych specjalistycznych producentów. Uchylę rąbka tajemnicy: „dwunastka” znakomicie sobie radzi w obu tych kontekstach. Rzecz jasna, lepiej w pierwszym niż w drugim, ale i tak nadspodziewanie dobrze.

Na początek sprawdźmy, jak ten wzmacniacz spisuje się w roli zwykłej integry korzystającej z wejść analogowych, bo, jakby nie było, to jest podstawa.

Rotel A12 gniazda

W pierwszej połowie lat 90. tak wyglądająca tylna ścianka była abstrakcją. Przeliczając obecną cenę A12 na ówczesne pieniądze otrzymalibyśmy kwotę rzędu 400 funtów. Niewiele mniej trzeba było zapłacić za modele RA-960BX2/RA-971 – również 60-watowych protoplastów testowanego modelu. Rotel trzeźwo kalkuluje ceny.

A12 to istna – oczywiście metaforyczna – bomba. Mam na myśli nie tylko to, że dynamika i bas tego wzmacniacza są genialne (w tej klasie), lecz również, a może przede wszystkim – jak koherentnie i rytmicznie gra ta nieduża integra. Przytupywanie nogą, mimowolne ruchy ciała, wręcz nachodząca ochota do tańca – wszystko dzieje się mimowolnie. Rotel robi kapitalną robotę przy odtwarzaniu muzyki rozrywkowej, zarówno tej współczesnej, jak i klasyki rocka – nagrań z lat 70. i 80. Nie mam pojęcia, jak konstruktorom udała się sztuka tak wiernej, swobodnej i naturalnej reprodukcji średniego zakresu. Od wzmacniaczy za około 4 tys. zł zwykłem oczekiwać wyraźnych ograniczeń w tym zakresie pasma: albo  twardości, albo zawoalowania, albo po prostu niedostatków w wyrafinowaniu. W przypadku A12 kompletnie nie miałem się do czego przyczepić: ani do przejrzystości, ani do barw, ani do wyrafinowania. Barwy są autentyczne, normalne, nieprzekombinowane. Jedyne, co stwierdziłem i co konsekwentnie powtarzało się w kolejnych utworach i odsłuchach, to delikatne przyciemnienie, jakby ściszenie górnego zakresu, przez co barwy wokali i instrumentów nie mają zupełnego otwarcia, świetlistości w górnych rejestrach. To jednak detal, wprost drobnostka na tle tego, co ten wzmacniacz potrafi i jak spójnie odtwarza praktycznie każdy gatunek muzyczny. Kolejne kwadranse, godziny odsłuchu ukazały niebywałą na tym pułapie cenowym wszechstronność tej integry. Rotelowi jest praktycznie obojętne, co gra i z czego (jakiego źródła). Stopniem wyrafinowania i naturalnością brzmienia potrafi zawstydzić niejeden wzmacniacz w pięciocyfrowej cenie. Wyjątkowość tego urządzenia tkwi w niespotykanym w tym przedziale cenowym połączeniu w całość kilku kluczowych zalet, z których na dobrą sprawę każda zachwyca z osobna. Weźmy na przykład kulturę przekazu. Wspomniałem o znakomitej spójności. Dodajmy do niej nienaganne oddanie sceny dźwiękowej: jej rozmiarów, kształtów, głębi, precyzji lokalizacji, a nade wszystko namacalności wokali i instrumentów. Już robi się ciekawie, a to jeszcze nie wszystko, bo ten rzadko spotykany dźwiękowy „kręgosłup” ma stabilną podstawę – bas i dynamikę.

Te cechy są od lat przypisywane wzmacniaczom Rotela. Napisać, że bas jest bardzo dobry, to zdecydowanie za mało. To tak, jakby stwierdzić, że Amazonka to wielka rzeka, albo że najbliższa gwiazda jest strasznie daleko. Bas dobywający się z A12 zaskoczy niejeden dwu-, trzy-, a nawet czterokrotnie droższy wzmacniacz. W ostatnim czasie słyszałem kilka dobrych wzmacniaczy w cenach 5–15 tys. zł. Żaden z nich nie ma takiego „punchu”, takiej kontroli, pełni i wykopu w dole pasma przy jednoczesnym braku sztuczności, podbicia, rozmycia etc. Zawsze jest coś nie tak: albo za dużo krągłości, albo ograniczone pasmo, albo kulawe barwy. Tutaj tego problemu nie ma: bas Rotela jest kompletny, rześki, motorycznie zwinny, a jednocześnie barwny. Te 60 W na kanał zdaje się być jak 60 koni mechanicznych w małej wyścigówce w porównaniu z 200 końmi w modnym, ciężkim SUV-ie.

Długo próbowałem znaleźć jakiś mankament, coś, o czym mógłbym napisać, że warto by to poprawić. I nic – nie mam pomysłu. Pusta kartka. Same pochwały. Rzadkość.

Jedźmy dalej. To jak to jest z tymi wysokimi tonami? Są minimalnie deficytowe, śladowo przygaszone, jakby odrobinkę ściszone. Jednak sam ich charakter – stosunek gładkości do metaliczności – jest bez zarzutu. To soprany na miarę znakomitej integry za pięć, a może i sporo więcej tysięcy złotych. W rzeczy samej, „wysoczyzna” jest świetna. Świadczy o tym wiele nagrań, ale podam jeden wymowny przykład: zremasterowany album Tori Amos „Under The Pink” (PCM 24/96). Wystarczy posłuchać szumu taśmy – jest taki, jak trzeba, czyli analogowy, swojski, równomierny. Miłośnicy analogu wiedzą w czym rzecz. A przecież mowa o nagraniu odtwarzanym z „cyfry” – inna sprawa, że za pośrednictwem wybornego źródła (Meitner MA-1/Auralic Aries). Brzmienia fortepianu, fragmentów orkiestrowych, wreszcie wokalu Tori Amos nie dawały mi najmniejszych powodów do narzekań. Ci, którzy znają ten album, wiedzą, że nie jest to wybitna realizacja. 24-bitowy remaster jest znacznie lepszy od wydania CD – i Rotel to pokazał dobitnie. Odtworzył tę muzykę z werwą, namacalnością i nadspodziewaną selektywnością. Nie mogłem wyjść z podziwu, jak doskonale radził sobie z intensywnymi forte w „Yes, Anastasia”. Kontrasty, zmiany tempa przekazywał ze swobodą i brakiem kompresji – mimo że słuchałem naprawdę bardzo głośno (w czym niewątpliwie pomaga 93 dB efektywności kolumn). O klasie wysokich tonów A12 świadczy to, jak czysto i naturalnie odtwarza werbel i w ogóle talerze perkusji w wiekowych nagraniach grupy Genesis. Brak szeleszczenia, cykania i innych tego typu niespodzianek – pełen szacunek. Płyta Ala Jarreau „Accentuate The Positive” także wypadła świetnie: gęsto, bez rozjaśnienia, z precyzyjną kontrolą lekko podbitego dołu, rytmicznie. Świetne nagranie live kwintetu Stanisława Soyki w poznańskim klubie „Pod Pretekstem” pokazało, jak naturalnie, swobodnie i żywo gra ten wzmacniacz. Nie chciało mi się przerywać odsłuchu. Znów nienagannie oddany klimat niedużej, ale gęstej sceny, znakomity drugi plan z perkusją w roli głównej – to zadziwiające, że tak dobrze może grać napakowany funkcjami wzmacniacz za około 4 tys. zł.

Rotel A12 DAC ARM

Części cyfrowej ciąg dalszy – mikrokontroler wejścia USB (XMOS 8U6C5), dwa zegary dla wielokrotności częstotliwości 44,1 i 48 kHz oraz procesor ARM do zarządzania całością.

I tak wracają wspomnienia mojego dawnego, przywołanego na początku wzmacniacza. Grał nieco bardziej średnicą niż wysokimi tonami. Bas również miał tę fajną sprężystość połączoną z odrobiną ciepła. W A12 odnajduję podobne cechy – z tym że jest to bez wątpienia bas znacznie bardziej precyzyjny, a wspomniane ciepło to nie żaden efekt „kołderki” czy zaokrąglenia, lecz obfitego kolorytu i esencjonalności – czegoś, co zwykle otrzymujemy z drogich pieców.

Przy takim obrocie sprawy obecność wejść cyfrowych w zasadzie można by skwitować stwierdzeniem: że są i mogą się przydać. Wszak nawet bez nich A12 jest wart każdej złotówki. Ale to nie koniec dobrych wieści. Oczywiście rezultaty uzyskane z wejścia USB B (audio) nie były już tak rewelacyjne. Wciąż jednak Rotel mnie zaskakiwał. Prawdę mówiąc, to od tego wejścia zaczynałem odsłuchy – i był to sygnał, że mam do czynienia z nieprzeciętnym wzmacniaczem. Nie korzystałem z komputera, lecz z transportu plikowego Auralica, ale żeby nie było, iż dałem Rotelowi „fory”, wspomnę, że do połączenia wykorzystałem 3-metrowy kabel USB od drukarki, wart 10 zł, a także zwyczajny, komputerowy kabel zasilający. I mimo to Rotel grał naprawdę dobrze. Nie miał oczywiście tyle później usłyszanej pełni, namacalności i przestrzenności, jednak jego podstawowe cechy: spójność, gładkość, rytmika, wspaniały bas, bardzo dobra stereofonia były znacznie lepsze niż oczekiwałem z wbudowanego przetwornika c/a. Nie jest on więc tylko zbędnym dodatkiem, lecz czymś, co warto w pełni wykorzystać, być może rezygnując z odtwarzacza CD na rzecz komputera lub traktując wejścia cyfrowe jako sposób na wejście w świat plików i streamingu.

 


Oceń ten artykuł
(9 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Kontakt z redakcją