Sonus Faber Chameleon T

Paź 26, 2015

Index

Brzmienie

Kameleony proponują dosyć typową dla Sonusów z ostatnich lat charakterystykę brzmieniową. Pamiętam ją choćby z high-endowych modeli Olympica. Konstruktorzy nie dążyli za wszelką cenę do uzyskania pełnej liniowości, idealnej równowagi tonalnej. Ta jest zdecydowanie „fizjologiczna” – z wyeksponowaną góra i lekko cofniętym środkiem. Zwykle w tego typu przypadkach mówimy o podbarwieniach. Tym razem jednak trudno je stwierdzić, bowiem przejście ze średnicy w wyższe rejestry jest na tyle płynne, że nie budzi dyskomfortu.

SF-Chameleon-glosniki

Oczywiście, słychać nierówny balans tonalny. W pierwszej chwili miałem nawet wrażenie, że odciśnie to wyraźne piętno na ocenie końcowej. Tak jednak nie było, bo Chameleony stworzyła firma, która w dziedzinie „rozumienia” strojenia kolumn w taki sposób, by subiektywnie grały świetnie, zalicza się do ekspertów.  Trzeba też przyznać, że nadmiar wysokich tonów w przypadku zdecydowanej większości nagrań nie razi. Szkopuł w tym, że podbity jest ten wyższy zakres sopranów, poza tym sam charakter omawianego zakresu jest na tyle miękki i bezproblemowy, że komfort odsłuchu jest zachowany. Tylko w niewielkim stopniu słychać, że kopułka jest tekstylna, a to u mnie spory komplement. Tweeter nieźle oddaje metalową naturę blach perkusji, rodzaj instrumentów dętych, dobrze oddaje aurę pogłosową, nie tłumiąc zbytnio mikrodetali (decyzja o niestosowaniu ferrofluidu była najwyraźniej przemyślana). W najgorszym razie do uszu docierają podkreślone sybilanty. I to właściwie wszystko. Ostrości jako takiej Chameleony właściwie nie serwują. Nagranie musi być naprawdę podłej jakości, by swoją szorstkość z tych kolumn wydobyć.

Ta – co by nie mówić – pozytywna cecha Towerów ma związek z ogólną łagodnością prezentacji tych kolumn, która rozkłada się niejako po równo w całym paśmie. W basie i średnicy Chameleony nie bardzo chcą „nadążać” za nagraniem, brzmiąc dość przewidywalnie, bez ostrych konturów, szybkich transjentów. Mamy tu do czynienia bezsprzecznie z tą grzeczniejszą wersją muzycznej rzeczywistości. Nie jest to jeszcze poziom nużenia słuchacza podczas odsłuchu, chociaż w co bardziej senne dni z pewnością będziemy mieli okazję przy Chameleonach się zdrzemnąć, co samo w sobie nie jest oczywiście niczym złym.

Największym atutem – i to dużym – włoskiej konstrukcji jest prezentacja barw. Dopalenie sopranów jednak popłaciło, ponieważ dzięki nim barwy są żywe, nasycone w alikwoty. Spora część instrumentów na tym zyskuje, w szczególności gitary. W mniejszym stopniu z podkręconej góry korzyść odnoszą wokale, które w przypadku dobrze znanych, charakterystycznych głosów mają słyszalnie zawyżony tembr. Mark Knoplfer w „Sailing To Philadephia” brzmiał śpiewnie jak kilkunastoletni młodzieniec.

SF-Chameleon-detal

Bas. Mam z tym trochę kłopot, jak go właściwie opisać. Jest obecny, całkiem potężny, dość nisko schodący jednak nieszczególnie twardy, raczej lekko zmiękczony. Nie chodzi tu jednak o rozmycie konturów, lecz o ogólną miękkość ataku – coś w rodzaju niewielkiej kompresji. Może i przyjemnej późnym wieczorem, lecz odbierającej rytmiczny fun ze słuchania muzyki, która opiera się na mocnym niskotonowym beacie. Zresztą, w ogóle rytmiczność Chameleonów nie jest ich mocną stroną, o czym przekonało mnie porównanie z redakcyjnymi JBL-ami Studio 280 – kolumnami, które za każdym razem mnie zadziwiają. 

Stereofonia wpisuje się w ogólny klimat nieszczególnie dużej precyzji, niekładzenia nacisku na analityczność, mikrodetale. Kameleony koncentrują się na całości muzycznej prezentacji, nie zaś jej drobnych „cegiełkach”. Pierwszy plan jest lekko zdystansowany, chociaż obecny, dość dobrze namacalny. Idąc w głąb, widzimy nieco rozmyte obrazy instrumentów, które jednak tworzą wcale niemałą, dość szeroką przestrzeń. Miło się tego słucha, niewątpliwie.


Więcej w tej kategorii: « JBL Studio 290 Naim Mu-so »
Zaloguj się, by skomentować

Kontakt z redakcją