PORTAL MIESIĘCZNIKA AUDIO-VIDEO

Gramofon Rega RP10 + wkładka Apheta 2

Sie 01, 2015

Index

Brzmienie

Po wypakowaniu RP10, obejrzeniu z każdej strony, ręcznym opuszczeniu wysoko uniesionych brwi (co to są brwi?) na swoje miejsce, ustawieniu gramofonu na stoliku, sprawdzeniu poprawności fabrycznego ustawienia wkładki, ustawieniu nacisku igły i anty-skatingu, jakoś podświadomie sięgnąłem po płytę Rebekki Pidgeon (w przeciwieństwie do odsłuchów gramofonów ciężkich, gdzie zwykle zaczynam raczej od AC/DC, czy Metalliki).  Otwarty umysł otwartym umysłem, ale będąc ciągle w szoku związanym z oryginalnością konstrukcji, a przede wszystkim ze znikomą masą gramofonu, odruchowo sięgnąłem po tak właśnie, „lżejszy" repertuar. Rebecca zabrzmiała pięknie – namacalny, pełny emocji głos, z delikatnie podkreślonymi sybilantami przykuwał uwagę od pierwszej do ostatniej nuty. Płynne, gładkie, otwarte, pełne powietrza brzmienie towarzyszącego zespołu doskonale komponowało się z prowadzącym wokalem. Następnie na talerzu wylądował stary krążek Dire Straits („Communique") w japońskim wydaniu. Rega od początku popisywała się znakomitym pace & rhythm – charakterystyczna gitara basowa niezwykle punktualnie prowadziła rytm każdego kawałka, napędzała ich tempo bez zbędnego przeciągania poszczególnych dźwięków, bez wyciągania ich na pierwszy plan, ale jednocześnie nie było wątpliwości, że to właśnie one wyznaczają puls każdego nagrania. Także perkusja prezentowała się w bardzo rytmiczny, zwarty sposób – może nie tak dociążony jak przypadku choćby mojego własnego gramofonu, ale sprężystość, szybkość i znakomity timing niskich tonów kazały mi natychmiast zapomnieć o jakichkolwiek zastrzeżeniach. Chcąc zmienić klimat, położyłem na talerzu genialny występ Jarreta z Kolonii. Rega pięknie odtworzyła klimat tego koncertu. Improwizacje Keitha wciągnęły mnie natychmiast, czarując zmiennym rytmem, huśtawką nastrojów, oraz bardzo przekonującym brzmieniem dużego, mającego realne trzy wymiary fortepianu. Na płycie świetnie została uchwycona akustyka sali, a i RP10 oddał wszystko wzorcowo – wrażenie uczestnictwa w koncercie na dużej sali, w otoczeniu wielu osób, było nieodparte. W tym nagraniu zwróciłem także uwagę na dźwięczność prezentacji – każde uderzenie palca w klawiaturę wydobywało wibrujący, barwny, soczysty dźwięk, a świetnie słyszalne pomruki czy praca nóg artysty pogłębiały jeszcze bardziej wrażenie realności rozgrywającego się przede mną fantastycznego spektaklu muzycznego. Także i trudniejsze zadanie w postaci Chicagowskiej Orkiestry Symfonicznej pod Reinerem, grającej gorącą hiszpańską muzykę, nie było dla RP10 trudnym wyzwaniem. Rega zagrała tę dużą, żywiołową muzykę swobodnie, przejrzyście, czysto, z rozmachem, a i dynamika orkiestry robiła wrażenie. Tu także były momenty, kiedy prosiło się o nieco więcej dociążenia na dole pasma, ale wspominany już wcześniej znakomity timing, świetne różnicowanie i konturowość dołu pasma robiły swoje, przesuwając nieco akcenty muzyczne, ale tworząc wcale nie mniej imponujące widowisko muzyczne, niż wiele innych, także sporo droższych, gramofonów. Rega robiła wrażenie dynamiką nie tylko w skali makro, ale także i mikro, doskonale oddawała i te wielkie, i te drobne skoki dynamiki, nie gubiła się nawet przy najbardziej szalonych zmianach tempa. Płynne, spójne granie ze swobodą godną topowych konkurentów to cechy charakterystyczne tego gramofonu.

Rega-RP10-wkadka

Na koniec sesji odsłuchowej zostawiłem sobie Dead Can Dance wydane przez Mobile Fidelity. Choć się tego nie spodziewałem, było to jedno z najbardziej spektakularnych odtworzeń tej płyty (właściwie dwóch – „Spiritchaser" i „Into the Labyrinth”), jakie do tej pory słyszałem. Nie spodziewałem się, bo na płytach tego duetu pełno jest mocnego, niskiego, elektronicznego basu. Po raz kolejny jednak rewelacyjny timing RP10, konturowość i szybkość basu zrobiły swoje. Dodajmy do tego ową cudowną dźwięczność góry pasma, gładkość i nasycenie środka oraz umiejętność złożeniach tych wszystkich elementów razem tak, że nie miałem wyjścia i każdego dnia odsłuchów obie płyty DCD musiały zabrzmieć choć raz.


Oceń ten artykuł
(1 głos)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Kontakt z redakcją