Yamaha R-N602

Sie 10, 2016

Index

Brzmienie

Na tle testowanego obok Pioneera SX-N30 brzmienie Yamahy odebrałem jako znacznie dojrzalsze, lepiej dociążone. Duży udział ma w tym bas, ale nie tylko. Basu niewątpliwie jest więcej, a jednocześnie nie jest on odczuwalnie gorszej jakości niż w Pioneerze. Jego poziom konturowości jest co najwyżej o umownych kilka procent mniejszy. Tym samym R-N602 oferuje czysty, niepodbarwiony, szybki i konturowy bas, który jednocześnie jest całkiem obszerny. Nie ma jednak mowy o ciężkości czy spowolnieniu dźwięku. W moim dość chłonącym bas pokoju, z niewielkimi kolumnami podłogowymi, słuchanie muzyki organowej nadal wymagało wspomagania subwooferem (Yamaha, podobnie jak Pioneer, ma wyjście na subwoofer), przy pozostałych gatunkach muzycznych nie było to już konieczne.

W ogólnym rozrachunku brzmienie Yamahy mieści się w kanonie neutralności. Jest nie tylko lepiej wypełnione, ale i lepiej nasycone, szczególnie w średnicy. W górze pasma „obecność” też jest lepsza. Jakość wysokich tonów w Yamasze oceniam wyżej. Są nieco cieplejsze, bardziej nasycone i czystsze. Talerze perkusji brzmiały prawdziwiej, były lepiej separowane.

Jednak to średnica okazuje się tym zakresem, który buduje przewagę nad konkurentem. Jest pełna, nieodchudzona, higieniczna. Nie tak pełna jak w droższych urządzeniach i nie tak nasycona, jednak w tym przedziale cenowym należy się jej uznanie. W efekcie wokale brzmią prawie naturalnie, mając w sobie pożądane ciepło i namacalność. Ta ostatnia wynika z barwy, a nie tylko z precyzji, choć tej drugiej też Yamasze nie brakuje. Lepiej niż w przypadku Pioneera brzmią także wszelkie instrumenty niesyntetyczne, akustyczne, niezależnie od ich rodzaju.

Yamaha R N602 pilot

Precyzja jest prawie tak samo dobra jak u rywala. W basie odnotowałem tylko minimalne zmiękczenie. Możliwości głośnego grania oceniam podobnie, jednak Yamaha inaczej dochodzi do limitu swych możliwości. O ile w Pioneerze były to gwałtownie rosnące zniekształcenia, które wymuszały ściszenie, o tyle w Yamasze jest to po prostu… nagłe wyłączenie się. Trzeba wykazać się dobrym wyczuciem. Yamaha nie daje żadnych objawów przesterowania i do samego końca gra czysto, po czym po przekroczeniu pewnego progu po prostu włącza się zabezpieczenie. W przełożeniu tego na skalę potencjometru można przyjąć, że jest to poziom -3 dB, przy czym skala nie kończy się na 0, lecz dostępne są wartości dodatnie. Co ciekawe, w przypadku sterowania za pomocą MusicCAST-a maksymalnym poziomem jest właśnie 0 dB. Przekroczenie tej wartości możliwe jest tylko z poziomu pilota (lub przedniego panelu). To słuszne rozwiązanie.  

Przy wysokich poziomach głośności i bardzo dużym zagęszczeniu instrumentarium, R-N602 trochę się gubi, generując pewne przybrudzenia. W tej dziedzinie ustępuje nieco Pioneerowi. Wynika z tego, że jest minimalnie wolniejsza. Z kolei rozpiętość dynamiczną ma podobną, a subiektywnie, dzięki lepszemu wypełnieniu, nawet lepszą. Gdyby jednak podejść do tego w pełni obiektywnie, trzeba by uznać, że to Pioneer dysponuje lepszą dynamiką i czystością grania na wysokich poziomach głośności.

Przestrzeń Yamahy mieści się w podobnych kategoriach jakości jak w Pioneerze. Na pierwszym planie jest minimalnie mniej precyzyjna, ale nie można mówić o żadnym rozmywaniu źródeł. Mają one ściśle określone pozycje. Jakość głębi jest zbliżona jak u konkurenta. Wyżej natomiast oceniam szerokość sceny, która swobodniej wychodzi poza bazę głośników i od czasu do czasu próbuje otoczyć słuchacza. Bardziej wiarygodne jest także oddanie aury pogłosowej nagrań.  


Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Kontakt z redakcją